• [Opowiadanie] - Zejście z Orbity 4 3
Aktualna ocena:  

Autor Wątek: [Opowiadanie] - Zejście z Orbity  (Przeczytany 1350 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Sob, 26 Gru 2015, 21:14:00

Offline Madrian

  • Kapral
  • **
  • Wiadomości: 243
  • Reputacja: 15
    • Zobacz profil
Ostatni prezent w te święta.
Opowiadanko powstawało od jakiegoś czasu. Dość długiego. Niestety brak czasu wpłynął na czas pisania.
W końcu jednak udało się je skończyć.
Miłego czytania.  ;D

Zejście z orbity.

Część I

Jebediah patrzył na swojego kierownika, Jima Kermana. Patrzył tępo, swoimi wielkimi oczami i robił minę jak skrzywdzony kirbat, przy rozlanej misce mleka. Dziwny, lekko żółty kolor skóry dopełniał jego smutnego widoku.
Jim, dla odmiany patrzył na Jebediaha, sztywnym, formalnym spojrzeniem fachowca, pewnego swoich racji. Jeb w końcu się przemógł a jego szczęka zadrżała. Wreszcie wydał też głos.
- Ale… ale…ale… jak to? Jak to: „nie lecę?”?
Jim nabrał powietrza, głównie by nie rozedrzeć się na tego idiotę. Wdech uspokoił mu nerwy.
- Zwyczajnie. Leci ktoś inny. A ty, po odbyciu tysiąca, trzystu dwudziestu czterech misji kosmicznych i lotów suborbitalnych, zostajesz skierowany na nowe, odpowiedzialne stanowisko. To znaczący awans i musiałem rozważyć wiele dodatkowych kandydatur, ale wybrałem ciebie. A zarząd przychylił się do mojej prośby – Zakończył swoją profesjonalną odpowiedź Jim. A w myślach dodał „trzeba było nie denerwować mnie ostatnio”.
Jebadiah wyglądał jakby ktoś mu zabrał ostatniego kerburgera sprzed nosa. Jim się ulitował.
- Nie będziesz zresztą sam. Bill i Bob też dostali awans i będziecie współpracować. Tylko na ziemi.
Jeb właśnie stracił żółtawy kolor skóry. Oczy zwęziły się. Skóra zaczęła się robić ciemnozielona. W pół sekundy przeszedł od płaczliwego mamisynka do wściekłego szaleńca.
- Chce.cie. nas. U.zie.mić?
Wyakcentował poszczególne słowa, bardzo wyraźnymi kropkami.
Większość osób by w tym momencie przełknęło ślinę, zrobiło ugodową minę i postarało się odgrodzić od Jeba solidnym meblem oraz zapewnić drogę ucieczki. Jim nie spanikował. Nie pierwszy raz widział tego wariata w tym stanie i wiedział, na co może sobie pozwolić.
- Tak.
Jeb zerwał się z krzesła i z całej siły huknął pięścią w biurko. Kubek z ołówkami podskoczył w górę, a same ołówki jeszcze wyżej. Obróciły się o sto osiemdziesiąt stopni i spadły z powrotem do kubka. Jim zerknął na to lekko zdziwiony, ale tylko wzruszył ramionami i ponownie spojrzał wprost w otchłanie ciemności na dnie źrenic Jeba. Ten przysunął się bliżej i wpatrzył dzikim wzrokiem w oczy swojego szefa. Z gardła zaczął się wydobywać się dziwny charkot. Na czole pojawiła się pozioma kreska i błysnęły zęby zza uchylonych warg, Gdyby właśnie Jeba zobaczył jakiś kanibal, to pewnie zacząłby by robić notatki z zastraszania swoich ofiar. A potem pewnie by zrezygnował i sam wlazł do kotła, przepraszając żarliwie , że Jebediah musiał czekać.
Jim wytrzymał spojrzenie.
- Skończyłeś przedstawienie? To siadaj. Ja jeszcze nie skończyłem.
Jeba jakby coś trafiło. Zapewne jakiś anioł przesunął mu w mózgu odpowiedni przełącznik. Klepnął na siedzenie, założył nogę na nogę i niczym profesjonalny negocjator policyjny, z pokerową twarzą spojrzał na Jima.
- Rozumiem, że nie ma innej opcji?
- Nie ma.
- To o co chodzi? Gdybyście chcieli uziemić mnie i chłopaków, znalazłoby się kilka łatwiejszych sposobów.
- Jak nie wiesz o co chodzi to chodzi o reputację…
- … o pieniądze – odruchowo poprawił Jeb.
- To też. Ale teraz akurat o reputację, a za nią stoją pieniądze.
- Dobra, słucham.
Jim wreszcie odetchną z ulgą. Oczywiście nie dał nic po sobie poznać. Ale jak Jeb przeszedł przez atak szału, stawał się profesjonalistą w każdym calu. Dlatego był głównym pilotem większości misji. Zwykły wariat by od dawna był na zielonej trawce albo pod rzeczoną trawką. Jakieś dwa metry pod…
- Jak pewnie słyszałeś plotki, musimy poszerzyć nasze kadry.
- Nic nowego. Ale zastanawiam się, od czego mamy dział kadr?
Głową wskazał okazały budynek za oknem. Świeżo wyremontowany i powiększony.
- Dział kadr to jedno. Nasi… hm… „patroni”, chcą dbać jednocześnie o wizerunek. I wpadli na kuriozalny pomysł. Słyszałeś ostatni news, jaki ogłosili nasi „szacowni” konkurenci z Zachodniej Agencji Podboju Kosmosu?
- Te osły? A co oni mogli wymyślić? Połowa naszych misji to było ratowanie ich podopiecznych z tarapatów. O to jeden z drugim zapomnieli przypiąć się liną przed wyjściem ze statku, a to nie zatankowali jetpacka, a to zapomnieli o nim w ogóle. I tak dalej. Moim faworytem jest ten idiota, co zostawił na orbicie swoich dwóch kumpli, których musieliśmy ściągać super szybko, bo kończył im się tlen. Dziwię się, że jeszcze im pozwalają latać i skąd mają pieniądze. Nas by przy takim poziomie dawno zrównali z ziemią.
- Dzięki tym baranom solidnie podreperowaliśmy budżet. W każdym razie ogłosili nabór kobiet do misji kosmicznych. Chcą wysłać pierwszą Kerbalkę w kosmos.
- I chcecie, bym na wszelki wypadek był pod ręką, ratować ich damy?
Jim uśmiechnął się oszczędnie, ale wyjątkowo wrednie.
- Nie.
- Nie?
- Nie.
Jeb zamrugał zaskoczony. Ale nie powtórzył ostatniego pytania.
- To, co chcecie?
- Być pierwsi.
- Pierwsi? Zaraz… Zaraz… Czy to znaczy, że… To, co ja myślę, chcecie?
- Tak. Zapewne tak. – Dodał szybko Jim. Pamiętał niektóre pomysły, na jakie wpadał Jebediah. I jak się mnożyły, kiedy kombinował wspólnie z Billem i Bobem.
- Myślę, że chcecie sami wysłać pierwszą Kerbalkę. I mam ją zawieźć?
- Nie.
- Nie?
- Nie.
Jeb zamrugał zaskoczony. Przez chwilę miał poczucie Deja Vu.
- To co chce… eee…. Czy wy chcecie… TEGO?
- Tak.
- Ale sama baba za sterami?
Jim uśmiechnął się z politowaniem.
- Oczywiście, że nie sama. Gorzej…
Jeb potrząsnął głową…
- Och… Jest tylko jedna rzecz gorsza od baby za sterami.
- No właśnie. I dlatego wy trzej jesteście mi na gwałt potrzebni tutaj, na ziemi. Nie ma nikogo, kto by lepiej przygotował nasz najsłabszy element.
- Och…
- Nie przesadzaj. Dacie radę.
- Och…
Jim spojrzał na Jebediaha. A potem pochylił się pod biurkiem i z całej siły kopnął go w goleń. Na tyle, na ile sięgnął pod biurkiem.
- Auć!
Sukces jednak został nagrodzony. Jeb wyszedł z transu.
- To kiedy zaczynamy i od czego?
Jim sięgnął do szuflady i podał Jebediahowi ulotkę.
- Oczywiście, od castingu. Za godzinę. – I wskazał Jebowi okno. I zachęcają pokiwał głową.
Jeb Spojrzał za okno, nieco podejrzliwie, potem na Jima i znów na okno. Wstał i podszedł do szklanej tafli. A potem spojrzał w dół. Przed wejściem do biurowca kłębił się cały tłum kobiet. Najmłodsza kandydatka musiała być trzymana na rękach. Najstarsza, była trzymana pod rękę. I pomagała sobie chodzikiem. Jedna czy dwie uczestniczki miały na sobie kuchenne fartuchy. Inna – trzymała gitarę. Wszystkie bez wyjątku kręciły się jak pszczoły w roju. Jeb przeniknął wyobraźnią szybę i pomyślał o hałasie. Dzięki stwórcy za dźwiękoszczelne okna. Odwrócił się do szefa.
- Wierz mi… To się bardzo, bardzo źle skończy.
Jim wstał podszedł do okna i poklepał Jeba po plecach.
- Dasz radę. Zdolny jesteś.
- Nie aż tak.
- Trzymaj.
- To cukierek?
- Nie. Nasz psychiatra to przepisuje.
- Psychiatra?
- Tak. Jedna tabletka i cały dzień jesteś spokojny jak skała.
- Hę?
Jim spojrzał Jebowi głęboko w oczy.
- A jak twoim zdaniem wytrzymałem Ciebie, Billa i Boba?
I Jim uśmiechnął się szeroko do oniemiałego Jebediaha.

O dziwo, casting poszedł bardzo szybko. Głównie dzięki Billowi. Zaskoczony awansem równie mocno jak Jeb, dość szybko doszedł do siebie i zaczął kombinować. W efekcie, koło głównego hangaru w pół godziny stanęła imponująca konstrukcja, zbudowana z dwóch słupów o wysokości kilkunastu metrów, dwóch lin do hamowania samolotów oraz jednego krzesła.
Po czym poinformował zebrane kandydatki, że po złożeniu CV, wszystkie zostaną poddane testowi na znoszenie przeciążeń. Gdy tylko to powiedział, jeden z techników pociągnął zawleczkę i krzesło wystrzeliło w górę, na gumowych linach. Uniosło w górę spory worek piasku, który w szczytowym momencie oderwał się od krzesła i wirując poddał się radośnie grawitacji. Większość pań, śledziła lot woreczka i jego lądowanie na betonie zahipnotyzowanym wzrokiem. Bill słysząc za plecami plaśnięcie, odwrócił się na chwilę i zblazowanym tonem rzucił krótkie, ale dobrze słyszalne „to się wykalibruje w następnym teście”. Po czym zaprosił panie do budynku w celu złożenia papierów. Dziwnym trafem, kupka złożonych podań była niezbyt wielka. Tu do akcji wkroczył Bob i swoim zacięciem naukowca wyselekcjonował te kandydatki, które nie rokowały nadziei. Były za stare, za młode, za bardzo psychopatyczne i tak dalej. Resztę zaprosił na zapowiedziany test przeciążenia. Na normalnej wirówce. Zdziwionym paniom, pytającym o konstrukcje na placu, powiedział, że to była przecież maszyna do testowania lin hamujących. A co sobie myślały?
Po testach i badaniach, zostało łącznie sześć kandydatek, z czego trzy jako „rezerwowe”.
Z tak liczną grupą pań, Jeb potrafił sobie poradzić. Szczególnie przy podziale obowiązków między ich trzech.
Minęło kilka miesięcy dość wytężonej pracy. O tym co przeżył Jeb, Bob, Bill, a przede wszystkim Jim, można by napisać całą epopeję. My jednak spuścimy na ten rozdział historii, ciemną zasłonę milczenia. Tak będzie lepiej, dla nas i dla nerwów naszych bohaterów.

Błyski fleszy zostawiły pod powiekami Valentiny Kerman, całe stado pomrocznych świetlików. Wspólnie z Anną i Deborach  „Debbie” Kerman, stały dzielnie i udawały, że cała ta otoczka nie robi na nich, doświadczonych kerbonautkach, żadnego wrażenia. W pokojach 4 magnetowidy nagrywały cały program (tylko facet polegałby na jednym), koleżanki, którym załatwiły wejściówki na konferencje, robiły megatony zdjęć na pamiątkę (wieczorem zapchają nimi łącza sieciowe KSP), a rodzice machali chorągiewkami z loży dla widzów. O tym, że wszystkie trzy przygotowywały się do występu przez dwa dni iście morderczych zabiegów „ubóstwiających”, nie warto wspominać. W każdym razie były teraz celebrytkami, sławnymi na cały świat i czerpały psychopatyczną przyjemność z kąpania się w sławie. Nawała pytań, jakie padły, została odparta godnie, odpowiedzi udzielone, zachwyt publiczności osiągnięty. Teraz starały się wyglądać profesjonalnie, pięknie, dumnie i nieosiągalnie dla zwykłego Kerbala.
Jeb tego nie oglądał. Wraz z chłopakami mieli inną rozrywkę. Oglądali nagranie (sto osiemnasty raz) ze startu rakiety WASP (jak się po ichniemu wymawiało się skrót konkurencji), wiozącej niedoszłą kerbonautkę. Patrzyli jak startuje rakieta i znów uśmiechnęli się radośnie i stuknęli butelkami z piwem, gdy z niewiadomych przyczyn, zamiast odrzucić wypalone dopalacze pierwszego członu, odpaliły się wszystkie pozostałe człony rakiety, włącznie z hamulcami, spadochronami, silnikami i odrzucaną kapsułą załogową. Patrzyli z zapartym tchem jak dwa uwolnione dopalacze lecą radośnie w niebo, jak główny zbiornik spada w kuli ognia, jak kapsuła wirując opada na jedyny spadochronie, jaki wytrzymał odpalenie. Krzyknęli z radości jak kapsuła wylądowała, a potem znów obstawiali jak właz odpalił się awaryjnie od kapsuły i rozryczana kandydatka wylazła ze środka, zdjęła hełm i padła na ziemię z płaczem. A potem jak okłada hełmem ich szefa lotów, który nieopacznie podbiegł z pomocą. Ogólnie świetna rozrywka.
Niestety, Bill zepsuł tym razem nastrój.
- Chłopaki? Wiecie, że jutro nas czeka pewnie  to samo?

Jebediah zajął miejsce za pulpitem. Rozejrzał się po nowym stanowisku pracy. Przyciski, monitory pokazujące milion parametrów i obrazów z kamer. Wyglądało to przepięknie i nowocześnie. Ale tylko dla laika. Dla niego była to marna namiastka kokpitu rakiety. Nadal dostrzegał, że cały ten sprzęt stoi po prostu na biurku. Może i w centrum kontroli lotów, ale nadal zwykłym biurku. Pewnie by wstał i uciekł, ale po obu jego stronach na fotele usiedli (by nie użyć słowa „upadli”) Bob i Bill. Rozejrzeli się po swoich stanowiskach z podobną miną jak Jeb. Bill pierwszy przerwał milczenie.
- Może to nie jest to, co byśmy chcieli, ale ktoś to musi zrobić. Zaczynamy panowie?
- Zaczynamy… - Tonem straceńca zgodził się Jeb.
- Jedziemy – Dołożył swoje Bob.
Kilka sprawnych ruchów i pulpity ożyły.
- No proszę. Stary dobry „Kerbolo 13”. Lubię ten model – Bob wykazał się sentymentem.
- Każdy lubi. Lekko już przestarzały, ale do tego wystarczy. – Bill jak zwykle skupiał się na technikaliach.
Jeb milczał. Sprawdzał status rakiety, stopień zatankowania, systemy. Prawie to było jak znana mu praca w kokpicie. Tyle, że rakiety tu nie było. Było tylko biurko.
- Jeb, jak tam nasze panie? Możemy je wpuszczać?
- Wszystko gotowe.
Szybkie kliknięcie i pokazało się wnętrze szatni. Ich celebrytki kończyły się szykować. Kombinezony założone. Technicy kończyli kontrolę i sprawdzali dopasowanie kombinezonów. W końcu od nich zależało tylko życie.
Kolejne kliknięcie i w otwartym okienku pojawił się widok włazu do kapsuły.
- Wołaj panie… Mają przed sobą życiową chwilę, a my sprawdzimy, co są warte.
Bob skinął głową i wcisnął odpowiedni przycisk na panelu.
- Uwaga załoga. Pojazd gotowy do startu. Zakończcie przygotowania i przejdźcie do strefy „S”. Powtarzam, Pojazd gotowy. Zakończcie przygotowania i przejdźcie do strefy „S”. Uwaga personel pomocniczy. Opuścić strefę „S”. Przygotowanie do startu. Powtarzam, personel pomocniczy, opuścić strefę „S”. Przygotowanie do startu.
Bob odłożył mikrofon. I spojrzał zadowolony na kumpli.
- No to pierwsze koty za płoty.
Bill z niesmakiem sięgnął po swój mikrofon.
- Szkoda tylko, że razem z miską mleka.  – Wcisnął przycisk nadawania.
- Personel pomocniczy, opuśćcie stanowisko PO zakończeniu pracy i przekazaniu raportu. Kerman! Wracaj i doczep z powrotem przewód zasilający. Nie skończyliśmy ładowania akumulatorów. – kamery przy stanowiskach techników były niemal na wagę złota.

Valentina Kerman uniosła hełm do twarzy i spojrzała we własne odbicie w lustrze. Potem wmówiła sobie, że odbicie w szybie jest spokojne i pewne siebie. Wzięła głęboki oddech, wsadziła hełm pod pachę, by wyglądać jak profesjonalistka i spojrzała na koleżanki.
- Dziewczyny… O to nadeszła nasza wiekopomna…
- Zamknij się Val. – Debbie nie miała wyczucia dla uczuć swojej koleżanki. – I tak się cała trzęsę. A Anna zjadła już trzecią czekoladę, choć myśli, że nikt nie widzi. A ty sama możesz wreszcie przestać stukać tak nerwowo zębami.
- Wcale nie trzęsę zębami!
- Nhie jem czhekolady!. – Anna szybko coś przełknęła. Najwyraźniej powietrze, a ciemny osad na brodzie to pewnie tylko smar. Choć podobno szatnia była sterylna. Osad zresztą zaraz zniknął, przetarty rękawem.
- Tere fere! Wszystkie się denerwujemy. A te stare zgredy na nas patrzą. A to wcale nie pomaga! – Dodała kierując się wprost w kamerę.
Mikrofon szczęknął.
- Przypominamy o procedurach. Rozmowy są nagrywane i zostaną po wszystkim udostępnione dziennikarzom. Nie chcecie, panie, wypaść jak histeryczne panienki, prawda?
Val rzuciła w kamerę mordercze spojrzenie, od które spaliły się jej obwody, soczewki obiektywu rozpłynęły w nicości, a operator oślepł. A przynajmniej powinno się to stać gdyby kamera i operator za nią, mieli choć odrobinkę przyzwoitości. Niestety – nie mieli.
Wobec tego aktu obojętności na kobiece uczucia, Val spojrzała na dziewczyny.
- Dobra. Chodźmy. – I pierwsza skierowała się do korytarza opisanego enigmatycznie „Do strefy S”.
Zajęły miejsca w kabinie. Technik sprawdził zapięcia pasów i stan „pasażerek”. Potem krótko życzył powodzenia i zatrzasnął pokrywę luku. Szczęknęły rygle wpadające do swoich gniazd. Syknęły pneumatyczne uszczelki i kapsuła zmieniła się w jeden, mały mikrokosmos, oddzielona od wszystkiego za nią, centymetrami stali, pianek izolacyjnych, elektroniki i wszystkiego, co wpakowano w ściany.
- Mogło być gorzej. – Anna próbowała dodać otuchy.
- Gorzej? – Dociekliwość Debbie dała o sobie znać.
- Któraś mogła mieć dzień zefirka.
- Hę? – Val nie skojarzyła.
- No…. Dzień zefirka. Wiesz… Brukselka na kolację, następnego dnia… dzień zefirka. – Val uniosła brwi.
- Ojejku… Dzień zefirka, czyli dzień wolności dla wiatrów…
- OŁE!! Jesteś obrzydliwa!
- Na szczęście mamy skafandry, więc wystarczy włożyć hełmy. – Debbie szybko zanalizowała sytuację. Widać wprawę naukowca.
- Dobra. Dziewczyny, do roboty. Anna – co ze statkiem. Debbie, co z ładunkiem i przyrządami?
- Wszystko działa.
- Bezpieczny, chodzą jak złoto.
- No to zaczynamy zabawę. – Val wcisnęła na głowę hełm i wcisnęła nadawanie.
- KSC, tu Prom „Stokrotka”, zgłaszam gotowość do startu.
- „Stokrotka”? – W głosie Jeba zabrzmiało zdziwienie. – Daliśmy wam inny kryptonim.
- Przywilej kapitan statku. Od tej pory jesteśmy „Stokrotka”. „Dziki Ogier” nie przypadł nam do gustu.
- Kobiety – Głos był cichy i w głośniku nie dało się rozpoznać, do kogo należał.
Następna wypowiedź była bardziej zrozumiała.
- Przypominam założenia misji. Nie wysyłamy was dla podziwiania widoków, tylko do pracy. Cele misji są trzy. Pierwszy to osiągnięcie docelowej orbity trzydzieści pięć koma zero dziewięć. Drugi cel to spotkanie ze stacją MK-7 na orbicie trzydzieści osiem koma zero dziewięć, a następnie zadokowanie i przerzucenie zapasów oraz montaż dodatkowego modułu energetycznego. Cel trzeci i najważniejszy, to wrócić na Kerbin przy zachowaniu wszystkich kończyn, życia i mile widziane jest zachowanie zdrowia psychicznego, ale nie jest to opcja wymagana. Czy są jakieś pytania do nas, szowinistycznych kierowników waszej misji?
- Tylko jedno – Val wyrwała się przed szereg.
- Słuchamy?
- Jak wykonamy misję, to kto stawia drinki?
- JEŚLI wykonacie, to niech stracę, biorę na swój koszt. Ale JAK nie wykonacie, to … nie płacę.
- Stoi szefuniu.

Procedura startowa trwała w najlepsze. Nie będziemy nikogo zanudzać tymi przygotowaniami. Każdy wie jak żmudne jest przygotowanie rakiety do startu. Dlatego pominiemy tę część.
Wreszcie, po całych trzydziestu sekundach, Valentina zgłosiła gotowość. KSC potwierdziło. Odliczanie i … Silniki odpaliły. Kapsułą zatrzęsło, gdy konstrukcja statku oderwała się od ziemi i zaczęła wznoszenie.
Val skupiła się na utrzymaniu kursu. Nie było to takie łatwe. Nie miała jeszcze takiego doświadczenia. W czasie szkolenia, widziała jak Jeb na symulatorze, niemal odruchowo, trzymał taki kurs jaki chciał. Jej ciągle było ciężko utrzymać rakietę stabilnie. Na szczęście ten model rakiety prowadził się jak po sznurku. Dobra, sprawdzona konstrukcja do wysokich lotów orbitalnych i niedużych ładunków. Anna nadzorowała stan pracy wszystkich urządzeń. Debbie wzięła się za nawigację, ponieważ aktualnie nie miała za wiele do roboty.
- Uwaga, odrzucam dopalacze pierwszej fazy za 5…4…3…2…1…Poszły! – Anna sprawnie odstrzeliła wypalone cylindry. Rakieta lekko szarpnęła. Odpalam dopalacze fazy drugiej. Już! Znów potężne kopnięcie gdy silniki na paliwo stałe pchnęły rakietę z nową siłą.
Val odczekała jeszcze chwilę.
- Zaczynam pochylenie. – I zgodnie z obietnicą, skorygowała kurs.
- „Dzik…eeee „Stokrotka”, masz odchyłkę od kursu o dwa stopnie. Koryguj.
- Tiiiaaaa…. Myślą, że to takie łatwe… - Mruknęła pani Pilot pod nosem. Ale wprowadziła poprawkę.
- „Stokrotka”: Za dwadzieścia sekund wejdziecie w górną warstwę atmosfery. Zróbcie pomiar grawitacji i ciśnienia.
Debbie sprawnie przygotowała wymagane przyrządy. Chwilę później uruchomiła mierniki. Dane wyświetliły się na monitorach.
- „KSC”, pomiary wykonane. Przesłać?
- Nie. Zachowaj w pamięci. Kolejne pomiary po wejściu w troposferę. Kolejne już na orbicie.
- Druga faza dopalaczy. Odrzut za: …5…4…3…2…1… Poszły! Uruchamiam silnik marszowy. Ciąg sześćdziesiąt pięć procent. START!.
Val zaczęła zmieniać kurs. Tym razem szło jej lepiej. Rakieta była lżejsza, a silnik posiadał wektorowanie ciągu. „Stokrotka” leciała jak po sznurku.
Debbie tym czasem nie traciła czasu. Przygotowała przyrządy do następnego pomiaru (swoją drogą zbytecznego, bo wcześniej Jeb i jego kumple robili to chyba ze sto razy). Ale głupio by było powiedzieć, po locie, że naukowiec na pokładzie był zbyteczny.
- „KSC”. Wykonałam drugi pomiar. Przesłać dane?
- Dziękujemy „Stokrotka”, na razie zatrzymaj. Podajcie status techniczny.
Anna szybko przeleciała wzrokiem przyrządy i odczyty.
- „KSC”, tu „Stokrotka” podaję status. Paliwo w członie marszowym – Osiemdziesiąt sześć procent. Zużycie szesnaście, koma dwadzieścia dwa. Temperatura w normie. Zasilanie, akumulatory sto procent. Alternator, nadwyżka siedem, koma piętnaście. Przeciążenie jeden koma osiem. Waha się. Kurs zero dziewięć. Wznoszenie plus dwieście osiemnaście. Nachylenie zero pięć.
-Dziękuję „Stokrotka”. Zmniejszyć nachylenie do cztery pięć, zmniejszcie ciąg do sześć zero.
-Zrozumiałam, zmniejszam na sześć zero, nachylenie do cztery pięć.
Za ścianami kokpitu świat nabierał krągłości.
- „Stokrotka”, kontrola orbity. Potwierdźcie APO – siedem osiem, koma siedem.
Debbie szybko sprawdziła orbitę.
- Potwierdzam „KSC”, APO siedem osiem, koma siedem i rośnie.
- „Stokrotka”, nachylenie zero. Ciąg sto. Dopalaj do wyczerpania paliwa.
- Potwierdzam. Nachylenie zero, ciąg sto.
Rakieta pochyliła dziób wprost na horyzont. Silnik szarpnął rakietą, gdy pozwolono pokazać mu swoją moc. Paliwo niestety znikało jak piwo na imprezie. Przeciążenie wcisnęło je w fotele. Ale trwało to tylko kilkanaście sekund.
Anna profesjonalnie powtórzyła wcześniejsze czynności.
- Koniec paliwa za 3… 2… 1… Odrzucony. Uruchamiam człon orbitalny. Start! Ciąg zero. Val?
- Spokojnie dziewczęta. Debbie, daj mi czas do APO i wymagany przyrost do orbity kołowej.
- Momencik szefowo. Czas: minus jeden koma dwadzieścia jeden. Przyrost plus trzy, siedem, siedem.
- „KSC”, tu „Stokrotka”. Zamknięcie orbity za jeden, koma osiemnaście od …. Teraz.
- Zrozumiałem. Czekamy na zamknięcie orbity.
Bob odłożył swój mikrofon. Upewnił się, że nadawanie jest wyłączone. Dla pewności nacisnął przycisk testowania sprawności kontrolek. Sygnalizator się zapalił i zgasł, gdy puścił przycisk. Lampka była sprawna. Nadawanie – wyłączone.
- Muszę powiedzieć, że jak na pierwszy lot, to nawet im sprawnie poszło.
- Trochę zeszły z kursu. – Jeb jak zwykle cierpiał, gdy nie osiągano pełnej perfekcji.
- Ale poprawiły. Jak na razie robią wszystko jak trzeba. Nauka nie poszła w las.
- Zobaczymy. Łatwo jest wypełniać instrukcje. Co innego w sytuacjach kryzysowych, jak trzeba działać samemu. Wtedy dopiero widać czy mamy do czynienia z zawodowcem czy rozmazaną panienką.
- Kraczesz. Lepiej patrz na monitor. Zaraz domykają orbitę.
- To akurat jest najprostsze z całego tego zestawu.
- I kto to mówi? A pamiętasz swojego „Anioła 2”? Jak to było z tą orbitą?
- „Anioł 2” był nieudaną konstrukcją. Silnik za słaby, paliwa za mało. Brak systemów pomocniczych i do tego z przesuniętym środkiem ciężkości.
- Ta, ta, ta, ta… Złemu pilotowi to i wyważenie przeszkadza…
- Powtórzysz to jeszcze raz, o dwunastej, za hangarami? – Oczy Jeba zwęziły się niebezpiecznie.
- Dla ciebie? Nie ma sprawy. Ale wolę o dziewiątek wieczorem w barze. Ja stawiam.
- Stoi. Bo z ciebie straszna sknera i trzeba brać jak dajesz. Dobra. Wracamy do naszych dziewczynek.
Tu ponownie zrobimy szybkie przewinięcie filmu, do przodu. Zaspojlerujemy tylko, że dziewczynom udało się zamknąć orbitę, zrobić nie potrzebne nikomu pomiary. Przesłać wszystkie dane i nawet porozmawiać chwilę z KSC o osobistych wrażeniach z lotu. Zrobić transfer do Stacji MK-7 i podejść na odległość dokowania. Wracamy ponownie w momencie, gdy kończą swoją robotę.
Anna uważnie śledziła parametry transferu. Szybko kliknęła w przyciski zamykające zawory.
- Paliwo uzupełnione. Moduł zasilania podłączony. Jestem gotowa do odłączenia.
- „KSC”, tu „Stokrotka”. Zakończyliśmy procedurę zaopatrzenia stacji MK-7. „Stokrotka” gotowa do odłączenia.
- Doskonale „KSC”. Mam nadzieję, że widoki się podobały. Czas wracać do domu. Odłączcie się od stacji. Odejście na pięćset metrów i hamowanie od orbity zejściowej. PER na pięć zero, kurs zero dziewięć.
- „KSC”, dlaczego tak zachowawczo? Nie będzie za wysoko?
- Nie. Chcemy was sprowadzić możliwie bezpiecznie. Z tej orbity zejście w niższe warstwy może być bardziej niebezpieczne. Nie chcemy was narażać w pierwszej misji. W drugiej to już nie będzie miało takiego znaczenia, a nam się przyda ktoś do bycia męczennikiem na polu podboju kosmosu.
- Bardzo śmieszne. To na pewno Bill wymyślił.
- Skąd wiecie?
- Bo jest czerstwe i suche jak jego kanapki.
- Przekazuję wam, że Bill poczuł się dogłębnie zraniony. Jest dumny ze swoich kanapek. Dość żartów. Odłączcie się od stacji i przejdźcie na pozycję do zmiany orbity.
- Zrozumiałam. Odłączamy się i zmieniamy pozycję. Odejście na pięćset metrów od stacji.
- Wykonać.
Anna sprawnie odłączyła lądownik od stacji. Val uruchomiła silniki manewrowe i po kilku syknięciach sprężonego gazu, lądownik zaczął majestatycznie odpływać od stacji. Załoga stacji nie machała, bo sama stacja była czysto automatyczna i pełniła rolę punktu zaopatrzeniowego dla pojazdów odbywających dalekie loty międzyplanetarne. Też zwykle automatyczne. Mało który Kerbal chciał spędzać dwa czy trzy lata na gonieniu za daleką planetką na krańcu układu.
Poczekała aż odległość wzrośnie od planowanych pięciuset metrów. Gdy to się stało. Sprawnie wyhamowała silnikami manewrowymi.
- Debbie, szykuj dane dla nowej orbity. – Sprawnie się przełączyła na łączność z centrum.
- „KSC”, pozycja do zmiany orbity osiągnięta. Przystępujemy do zmiany orbity.
- Zrozumiałem. Rozpocząć hamowanie. Anna uruchomiła silnik. Val trzymała kurs. Lądownik zaczął hamowanie. Debbie na bieżąco wyliczała orbitę. Kiedy Perapis osiągną wysokość pięć zero, czyli po prostu pięćdziesiąt kilometrów nad powierzchnią planety, szybko dała znać. Silnik został wyłączony. Dziewczynom nie zostało nic innego jak czekać, na zanurzenie się w oceanie powietrza. I choć żadna się do tego nie przyznawała, to wszystkie odczuwały niepokój. Teraz zaczynała się najmniej przyjemna część zadania.
Jeb śledził monitory. Od jakiegoś czasu miał dziwnie kwaśną minę. Nie dało się tego nie zauważyć. Bill zerknął na kumpla.
- Jeb? Co się tak krzywisz?
- Mam jakieś takie przeczucie…
- Taaaa… Wiemy o tym. I co wymyśliłeś? Może pójdziesz, wyrzucić śmieci, to ci przejdzie?
- Właśnie! Śmieci! Bob? Sprawdź protokół ZZS-2.
- Uuuu…. Mocno startujesz. Ok. Sprawdzam.
Palce zatańczyły po klawiaturze. Na monitorach zaczęły skakać kolumny cyfr i liter. Po chwili na głównym ekranie pojawiła się mapa orbitalna, poprzecinana różnymi orbitami. Jedna zrobiła się czerwona.
- Jeb… Masz tu swoje przeczucie… Zdążymy je ostrzec?
- Spróbujemy. Bill?
- „Stokrotka” zgłoś się! Powtarzam, „Stokrotka” zgłoś się!

C.D.N.

[Post scalony: [time]Sob, 26 Gru 2015, 21:14:52[/time]]
Część II

- „Stokrotka” zgłoś się! Powtarzam, „Stokrotka” zgłoś się!
Głośnik wyrwał Val z aktualnego stanu zen. Opadała właśnie spokojnie, w metalowej kapsule, niesiona tylko siłą bezwładności. Nie miała prawie kontroli nad tym procesem, mogła tylko czekać. Bardzo filozoficzne doznanie. A głośnik wszystko zepsuł.
- Tu „Stokrotka”, zgłaszam się.
- Alarm! Macie kurs kolizyjny z pozostałościami po satelicie MERV-13. Zmieńcie kurs, powtarzam zmieńcie kurs natychmiast! – A potem Jeb kiwną głową w stronę Billa. – Już!
- Zrozumiałam, zmieniam kurs za 3… 2…
Coś z ogromną siłą walnęło w kapsułę. Rozległ się potężny huk, brzegi foteli uderzyły załogantki w głowy, a widok za oknem rozmazał się. Potężne boczne przeciążenie pozbawiło je przytomności i ogarnęła je ciemność.
- Dostały! Odczyty z kapsuły wariują. Ogromna rotacja w płaszczyźnie poziomej. Uszkodzone baterie, panele nie wysyłają statusu. Może to tylko awaria, ale mogą być zniszczone. Brak odpowiedzi z kapsuły!
- Wywołuj! Bill, jakie są przeciążenia?
-Zdecydowanie za duże.
- Próbuj zmniejszyć.
- Na pewno? Mogę nie mieć kontroli…
- Faktycznie. Bob wywołuj je, mogły stracić przytomność. Trzeba je ocucić, panienki cholerne…
-To było wredne, nawet jak na ciebie.
- Dziękuję. Nie moim zadaniem jest wychować je na księżniczki! Kerbonautki muszą sobie radzić same. A teraz do roboty.
- „STOKROTKA” ODEZWIJ SIĘ! TU KSC „STOKROTKA” ODEZWIJ SIĘ!...
Val otworzyła oczy. Coś ją potwornie gniotło… Pole widzenia było zawężone i wypełnione migającymi na czerwono światełkami. Jakiś kolorowy placek wirował w polu widzenia. A potem nagle przyszło zrozumienie. Statek wiruje. Myślenie było takie ciężkie. Ale trening zrobił swoje. Co trzeba zrobić? Myśl. To jest łańcuch. Idź po jednym ogniwie, aż do końca. Statek wiruje, nie możecie działać. Statek musi być stabilny. Ręka z wysiłkiem pokonuje przeciążenie. Wysuwa się ku pulpitowi, milimetr po milimetrze. Centymetr za centymetrem. Trafia. Wciska. Światło w kapsule gaśnie. Nie ten przycisk. Raz jeszcze. Jakiś głos próbuje się przebić przez otępiający mrok. Nie teraz. Naciska raz jeszcze. Światło się zapala. Przycisk obok. Wciska. Jakiś szum. Chyba koła reakcyjne. Ale wirowanie nie ustaje. Zmniejsza się. Ale za wolno. Czuje jak zaczyna znów tracić przytomność. Jeszcze jeden przycisk. Tak ciężko sięgnąć. Ostatni wysiłek. Naciska. Głośne syknięcie gazu. Coś ciska ją w drugą stronę. Traci przytomność ponownie.
- ASAS uruchomiony. Mamy potwierdzenie. RCS uruchomiony. Zwalniają!
- No proszę. Jednak coś tam potrafią. Bill? Po takim uderzeniu kapsuła nie może być w pełni sprawna. Co tam masz?
- Uszkodzone baterie. Zostało im mało energii. Może nie starczyć na powrót. Uszkodzone panele słoneczne. Ciąg silnika zmniejszony. Uszkodzenia strukturalne kapsuły, ale jest szczelna. I najciekawsze… Osłona ablacyjna odpadła.
- No to teraz jest ciekawie. Co możemy zrobić?
- Jako centrum? Tylko podpowiadać. Nie ma szans na przejęcie kontroli nad kapsułą i zdalne kierowanie nie jest możliwe.
- Bob? Odpowiedziały?
- Jeszcze nie. Kapsuła wytraca ruch wirowy, ale zużywają sporo paliwa do RCS i prądu. A nie mają tego za wiele. Po uderzeniu straciły trochę prędkości. PER spadł niebezpiecznie nisko. Powrót będzie ryzykowny.
- Muszą odpowiedzieć. Wołaj je dalej.
- „STOKROTKA” ODEZWIJ SIĘ! TU KSC „STOKROTKA” ODEZWIJ SIĘ!...
Val otworzyła oczy. Przygniatający ciężar znacznie ustąpił. Zamrugała i wciągnęła powietrze do płuc. Trochę lepiej. Potrząsnęła głową. Wróciła do siebie. Zaskoczony wzrok przesuwa się po świecącym na czerwono panelu kontrolnym. Horyzont wiruje. I ten natarczywy głos.
- „STOKROTKA” ODEZWIJ SIĘ! TU KSC „STOKROTKA” ODEZWIJ SIĘ!...
Val sięga do mikrofonu.
- Tak… Zgłaszamy się.
Chwila ciszy.
- Dzięki Bogu i wszystkim diabłom naraz, co się z wami dzieje? Podajcie status!
Val patrzy na przyrządy i chce odpowiedzieć, ale wtedy uświadamia sobie, że jest coś ważniejszego. Patrzy na boki. Dziewczyny leżą bezwładnie w fotelach.
- Anna? Debbie? Co z wami? Anna!
Kuksaniec w bok i potrząsanie. Anna się poruszyła.
- Jeszcze minutkę mamo…
Val oddycha z ulgą. Teraz Debbie. Ona też się zaczyna poruszać. Żyją.
- Zgłaszam status. Stan załogi sto procent. Nie ma rannych.
- Świetnie. A co ze statkiem?
- Sprawdzamy. Zgłoszę się za moment. Anna! Obudź się! Debbie, do cholery! Pączki przywieźli! Rusz dupę i wstawaj!
Statek prawie się ustabilizował. Val wyłączyła RCS. Jeszcze chwila i statek nieruchomieje.
Anna dochodzi do siebie, jako pierwsza. Chciała przetrzeć twarz, ale hełm stanął na drodze. Oprzytomniała. Sięga do panelu. Patrzy na kontrolki i ekrany diagnostyczne. I czyta, co statek mówi do niej. Gula podchodzi pod gardło.
- Dziewczyny posikacie się… Prawie nie mamy paliwa do RCS. Baterie zdychają i nie starczy do pełnych manewrów. Brak ładowania. Musiałyśmy stracić panele. I najgorsze. Nie mamy osłony termicznej.
Zapada cisza. I wtedy odzywa się Debbie. Mówi wolno i spokojnie, zrezygnowanym tonem.
- Właściwie to się posramy. Orbita się zmieniła. Jesteśmy na kursie kolizyjnym z planetą. Nie zdołamy wyhamować. Uderzymy w ziemię z prędkością ponad trzysta kilometrów na godzinę. Jeśli przetrwamy przejście przez atmosferę. Bez osłony… Nie mamy szans.
Val przymknęła oczy. A potem sięgnęła po mikrofon. Mówiła spokojnym i rzeczowym tonem. A potem, poprosiła o instrukcję. O dziwo Jeb odezwał się szybko.
- Zrozumieliśmy, „Stokrotka”, Jest jeszcze szansa. Musicie w pierwsz…
W kapsule nagle coś błysnęło i, z jakiegoś panelu sypnęły się iskry i zapadła cisza.
Anna rzuciła się dosłownie na panel diagnostyczny.
- Radio padło.
- Możesz naprawić?
- Tak… Mając jakieś dwie godziny i części zamienne.
- A my ile mamy?
Debbie pomruczała coś pod nosem podliczając.
- Od tej pory? Jakieś pięć minut do wejścia w atmosferę.

Bob. Oderwał rękę od przycisków.
- Niestety. Nie słyszą nas. Radio im padło. Na amen.
- No są same, a my możemy tylko patrzeć.
Nieoczekiwanie odezwał się Jeb.
- Stawiam stówę, że wyjdą z tego.
- Przyjmuję. Stówa, że zginął w czasie zejścia. – Bill był bardziej sceptyczny.
- A ja, że rozbiją się na ziemi. Stówa. – Bob podał rękę. Jeb przeciął zakłady.
- Czas na finał.

Val gorączkowo myślała. Szukała natchnienia w panelu kontrolnym i delikatnie przygryzała wargi.
- Właściwie nasz problem to tylko prędkość. Lecimy stabilnie, tylko parametry wejścia są… niesprzyjające.
- Niesprzyjające? Są kompletnie porypane! – Anna w chwilach zdenerwowania nie pilnowała manier językowych. – Ale to nie jest jedyny problem. Kurs korygujemy tylko przy pomocy żyroskopu, a ten potrzebuje prądu. Prądu mamy za mało. I nie ma skąd go wziąć. Panele poszły w… Same wiecie, w co. Jesteśmy po prostu w żółtej dupie.
- Ale możemy manewrować? – Debbie nieśmiało wtrąciła się do rozmowy.
- Możemy, ale tylko krótko. A nawet jeśli, to w czym nam to pomoże?
- No…. Można zwiększyć opór statku, przez zmianę pozycji.
- Można, ale w dolnych warstwach atmosfery i przy niskiej prędkości. Przy tej, jaką będziemy miały, upiecze nas na skwarki, nim dolecimy tak by móc hamować.
- Tak! Właśnie na skwarki! Bez osłony guzik zrobimy! – Anna znów nastawiła się pesymistycznie.
- Czyli krótko – Val usiłowała podsumować burzę mózgów. – By wylądować, musimy wyhamować. Brakuje nam na to paliwa. Można hamować w dolnej warstwie atmosfery, ale wymaga to prądu do manewrowania, którego nam brakuje. By tam jednak dolecieć, potrzebujemy osłony termicznej. Mylę się?
- Niestety nie.
- Czyli statek spłonie?
- Pewne jak śmierć i podatki.
- Zatem nie musimy ratować statku?
Debbie zrobiła się w tym momencie żółta na twarzy, słuchając tej rozmowy.
- Musimy! Bo zginiemy razem z nim!
- To ratujemy statek czy siebie?
- A jest jakaś różnica?
- Generalnie tak.
- To nas oświeć, pani pilot!
- Możemy… Możemy poświęcić statek, by ratować siebie!
- Hę? A niby jak chcesz to zrobić?
- Mam pomysł… Z gatunku tych, które się albo udają, albo nie.
- Gadaj!
- Myślę, że nie chcesz wiedzieć. To zdecydowanie zły pomysł.
- Wysokość... – Głosik Debbie był cichutki.
- Chcę wiedzieć! Gadaj, albo cię uduszę!
- Wysokość...
- Sama chciałaś. Zrobimy…
- WYSOKOŚĆ IDIOTKI!!!! – Debbie się rozdarła na pełny zakres swojego altu.
Anna i Val spojrzały na przyrządy. Na ich oczach siódemka z zerami na wysokościomierzu, zmieniła się na szóstkę i zestaw dziewiątek. Kapsuła zanurzyła się w atmosferze.
- Cholera! Nie ma czasu!  - Val jakoś się otrząsnęła. – Jak macie lepszy pomysł to mówcie, bo ja zaczynam.
- Dobra. W Twoje ręce oddaję ducha mego.
- I mego.
- W porządku. Róbcie to co mówię. I Nie krzyczcie za głośno.
- Dobra. Robimy co mówisz.
- Nawet jak to będzie głupie?
- Nawet wtedy.
Val kiwnęła głową i utkwiła wzrok w przyrządach.
- To zaczynamy. Odpal silnik, ciąg ekonomiczny.
- Ale to nas jeszcze przyśpieszy!
- Rób co mówię.
- Odwrócisz statek?
- Właśnie to robię.
- Zaraz co ty… O Cholera! Rozumiem! Ale to załatwi jeden problem!
Anna szybko przeleciała palcami po klawiszach, ustawiła ciąg na optymalną wartość i spojrzała na Val.
- Załatwione. Faktycznie, o tym zapomniałam.
- Co wy robicie? – Debbie się chyba zgubiła. Anna wyręczyła Val.
- Ładujemy baterie. Silnik ma alternator. Na ciągu ekonomicznym wciśnie nam do baterii trochę prądu.
- I to pomoże?
- Nie, bo mamy za mało paliwa.
- Och…
- Val? A co z osłoną?
- Mamy zbiornik ładunkowy. Osłoni nas.
- Zwariowałaś! Tam zostały resztki paliwa! Wybuchnie!
- Dobrze. Wybuch nas trochę spowolni.
- Wariatka!
- Pilnuj ładowania!.
- Paliwo się skończy za dziesięć sekund.
- Będzie dość energii?
- Minimum do utrzymania kierunku.
- To wyłącz sterowanie.
- Zwariowałaś?!
- Oszczędzimy prąd.
- Ale i tak zwariowałaś!
- Podobno piloci KSC tak mają. Nie przejmuj się.
Anna głośno westchnęła. Miało to wyrażać zapewne jej dezaprobatę. Ale zajęła się silnikiem.
- Koniec paliwa, za 5… 4… 3… 2… 1… i… Silnik stanął. Nie mamy paliwa.
Val zerknęła na przyrządy.
- Zaczynamy schodzić w gęste powietrze. Włącz na moment ASAS.
Chwilę później Val, z zaciętą miną odwróciła cały statek przodem do kierunku lotu.  Na znak, ASAS znów został wyłączony.
- Co teraz?
- Czekamy na światełko w tunelu.
- Porypało cię?
- Anna, robisz się monotematyczna.
- Ej! – Debbie zwróciła na siebie uwagę. – Patrzcie!.
I wskazała za okno. A tam, zaraz za szybą ochronną, zaczęły się pokazywać pierwsze języki plazmy.
Anna nerwowo przesuwała panele informacyjne na monitorach. Val, ze skupioną miną trzymała ster i wpatrywała się w sztuczny horyzont. Pilnowała by statek utrzymał właściwy kurs, a pusty zbiornik przejął całą energię, z jaką masa wraku, wpychała go w atmosferę. Trzeba było posłużyć się nim jak tarczą i schować resztę pojazdu w strefie „cienia”. Debbie zajęła się monitorowaniem orbity.
- Niesie nas nad ocean, ale jak stracimy prędkość, trafimy na ziemię.
- Pilnuj. Nie chcę wpaść na jakieś drzewo.
- Jest szansa na odzyskanie łączności?
- Teraz i tak nic to nie da. Plazma odcina fale.
- Ale po wylądowaniu dobrze byłoby zadzwonić do domu.
- Jeśli wylądujemy, to po prostu naprawię radio. Będzie na to czas.
- Trzymam cię za słowo.
Statek opadał. Plazma wokół niego gęstniała i rozgrzewała się. Zaczęły słyszeć narastający szum, a potem huk, powietrza uderzającego w pojazd i rozrywanego prowizoryczną tarczą.
- Temperatura zbiornika ładunkowego rośnie. – Annie lekko zawahał się głos.
- Wytrzyma?
- W tym tempie… Nie. To nie jest osłona. To tylko aluminiowa puszka. Stopi się bardzo szybko. Już ma temperaturę krytyczną.
- Uprzeć mnie przed przepaleniem.
- W takim razie… Uprzedzam. Zbiornik osiągnął temperaturę topnienia. Jeszcze trzyma tylko izolacja wewnętrzna. Jak tylko się przepali…
Anna nie dokończyła. Pojazdem szarpnęło, jakby ktoś mu przywalił kosmicznego kopa. Potworny huk Zalał kokpit, a przez szyby wpadło jaskrawe światło eksplozji.
Val na moment straciła przytomność. Dziewczyny pewnie też. Ocknęła się i poczuła gorąco. W Kapsule zrobiło się naprawdę ciepło. Półprzytomnie sprawdziła kurs. Opadały dziobem do przodu. Wysokość nadal była spora. Musiała stracić najwyżej parę sekund. Kilka następnych minęło na czekanie aż dzwonienie w uszach ustanie.
- … ewa się! – Głos Anny w końcu dotarł.
- Co?
- Przegrzewa się kapsuła! Straciłyśmy osłonę! Spalimy się!
- Nie… Nie pozwolę…. Włącz ASAS.
- To nic nie da! Nie mamy już osłony!
- Mamy… Mamy silnik i zbiornik marszowy.
- Co? Ale to prawie nasz cały statek!
- Wolisz się usmażyć?
- Nie… Ale… Dobrze. Masz ASAS.
Val spróbowała obrócić statek tyłem do przodu. Kapsuła uniosła trochę dziób, ale zaraz pęd powietrza ściągnął ją w dół.
- Widzisz? Nie Da się!
- Mi się uda. Jak się temu J.K. udało, to i mi się uda?
- Ale on jest farciarz i wariat!
- A ja jestem wariatka. Patrz.
I Val ściągnęła joystick. Kapsuła ponownie doszła do pewnego kąta i zatrzymała się a potem zaczęła wracać. Val rozmyślnie pchnęła drążek. Kapsuła poleciała w dół, aż żołądki podeszły im do gardeł. W pewnym momencie znów się zatrzymała, lecz trochę dalej. Val znów ściągnęła drążek. I jeszcze raz. I Jeszcze raz. Kapsuła zaczęła się miotać w górę i w dół i w pewnym momencie jakby stanęła pionowo, zatrzymała się i … zaczęła lecieć dalej. Przez moment ryk powietrza był ogłuszający, a potem coś cisnęło kapsułę w tył. Val puściła joystick. Kapsuła przez chwilę się pobujała i znieruchomiała. Zrobiło się nieco chłodniej, ale potrzeba było czasu nim temperatura spadnie.
- Łał… - Debbie wyraziła podziw. – Faktycznie ci się udało, choć mało nie wyrzygałam żołądka.
- Pilnuj trajektorii. Anna? Jak tam nasza „tarcza”.
- Grzeje się. Ale wolniej.
- Silnik wytrzymuje większe temperatury. Uda się.
- Ale jest chłodzony paliwem! Bez chłodzenia się stopi tak samo.
- Nieważne. Ma wytrzymać tylko dość, by nas nie upiekło. Właśnie? Jak z prędkością?
- Nadal za wysoka. Tracimy ją za wolno.
- Myśl… Myśl… - Val nerwowo szeptała pod nosem.
A statek spadał, otoczony obłokiem płonącej plazmy. Silnik przejmujący na siebie rolę tarana zaczął się robić czerwony. Załogantki tego niestety nie mogły widzieć. Dostawały tylko informacje o temperaturze. A ta rosła i rosła. Atmosfera gęstniała. Huk opływającego powietrza narastał. Statek zaczął jednak zwalniać. Z każdym metrem w głąb atmosfery, zwiększał się opór. Debbie ciągle monitorowała zmieniającą się trajektorię.
- Dziewczyny! Trajektoria się skróciła. Nie dolecimy do oceanu. Niesie nas prosto na grzbiety górskie.
- A jak wyhamujemy bardziej?
- Musiałybyśmy wyhamować o wiele, wiele bardziej. To Apatałachy. Szerokie pasmo. Sporo wysokich grani i skalnych szczytów. Ewentualne lądowanie, będzie niebezpieczne. Nawet na spadochronie.
- Będziemy się martwić jak dolecimy. Anna? Co z naszą „tarczą”?
- Niedobrze. Osiągnął temperaturę krytyczną. Topi się.
- Jak długo wytrzyma?
- Parę sekund? Mocowania właśnie puszczają.
Dla potwierdzenia tych słów, statkiem coś silnie szarpnęło.
- No i się urwał. Teraz zbiornik paliwa zaczyna się rozpadać.
- Wytrzyma dłużej niż poprzedni?
- Nie. Zbyt duża prędkość. Większa energia. Zaraz eksploduje.
- Czyli zostanie nam tylko kontener zasilający?
- Dokładnie.
Anna się nie pomyliła, Po chwili potworna eksplozja oznajmiła przepalenie się zbiornika paliwa. Resztki oparów rozerwały zbiornik na kawałeczki.
- Anna! Włącz ASAS.
- Włączony. Co planujesz?
- Przechylę go lekko. Pod kątem będzie większa powierzchnia oporu.
- Wystawisz kapsułę na strumień plazmy! Upieczesz nas!
- Nie. Zapominasz o cieniu aerodynamicznym. Przytrzymam kapsułę tak, by ścianą była minimalnie poniżej strumienia gorących gazów. Zwiększymy powierzchnię i będziemy chłodzić kapsułę.
- Obyś się nie myliła.
- Debbie, co z nasza trajektorią?
- Skraca się, powoli. Bardzo powoli.
Val zaczęła się pocić. Strumień powietrza usiłował obrócić resztki statku zgodnie z prawami aerodynamiki. Utrzymanie kapsuły pod tym kątem kosztowało ją mnóstwo wysiłku. I pożerało sporo z niewielkich zasobów akumulatorów.
- Val? Zostało nam czterdzieści procent energii.
- Trudno. Nie ma innej rady.
Kapsułą nagle szarpnęło. Jakby coś ją złapało i wyhamowało. Val na moment straciła kontrolę i kapsuła powróciła do neutralnej pozycji. Przywrócenie pozycji kosztowało ją sporo nerwów i siły. Debbie szybko zweryfikowała zjawisko.
- Weszliśmy w dolne warstwy atmosfery! Wysokość dwanaście tysięcy! Prędkość spada gwałtownie! Plazma zanika!
- Temperatura spada! Udało się! – Anna nagle nabrała optymizmu.
- Jeszcze nie. Idę na całość. – Valentina ściągnęła mocniej drążek. Kapsuła z trudem obróciła się niemal prostopadle do kierunku opadania. Huk powietrza stała się ogłuszający.
- Prędkość spada! Nie wiele brakuje do lądowania przed górami!
- Kończy się energia! Dziesięć procent i szybko spada!
- Damy radę… Damy radę… - Val mamrotała mantrę desperatek.
Niestety, po chwili akumulatory powiedziały dość i odcięły zasilanie ASAS. Kapsuła szarpnęła się po raz ostatni. Pęd powietrza ustawił ją w pozycji neutralnej, co było poprzedzone dzikim wierzgnięciem i sporym wzrostem przeciążenia.
- Koniec…. Teraz możemy tylko spadać. – Debbie miała w głosie tylko desperację. Val puściła drążek sterowy. I tak przestał reagować. Wlepiła oczy w ekran parametrów lotu. Wysokość spadała dość szybko.  Prędkość, niestety za wolno. I jak to bywa w takich chwilach, wpadła na desperacki pomysł.
- Anna! Odpalamy spadochron!
- Przy tej prędkości? Rozerwie spadochrony na strzępy!
- To odpal jeden spadochron!
- Nie da się! Są połączone! Odpalają się wspólnie!
- To coś wykombinuj! To nasza ostatnia szansa. Poświęcimy jeden spadochron. Wyhamuje nas przynajmniej trochę. Może wystarczająco by drugi wytrzymał!
- Jeden to za mało! Do lądowania potrzeba dwóch!
- Idiotka! Straciłyśmy trzy czwarte masy! Jeden wystarczy.
- Faktycznie. Daj mi minutkę.
Val zerknęła na liczniki.
- Masz piętnaście sekund.
Anna jęknęła i zaczęła bębnić w klawisze. Wysokościomierz miał coraz mniej cyfr. Prędkościomierze, dla odmiany, za dużo.
- Dziesięć sekund.
- Robię co mogę.
- Pięć sekund…
- Zamknij się… Mam! Odpalam!
Rozległo się pufnięcie i szum wyciąganego spadochronu. A potem pęd powietrza rozciągnął czaszę.
Jakby ktoś kopnął kapsułę. Załogantki dosłownie walnęły hełmami w konsole. Rozległ się potężny huk i kapsuła się uspokoiła.
- Zerwało spadochron!
- Debbie?
- Zwolniłyśmy. Chyba się uda. Ale ledwo, ledwo. O Święci Pańscy! Tysiąc metrów do ziemi!
Val zerknęła na wysokościomierz radarowy. Do tej pory ignorowany. Wskazówka leciała w dół jak opętana.
- Anna, na mój znak, rzucaj drugi spadochron… 4… 3… 2… - wpatrywała się w spadający licznik prędkości – … 1… RZUCAJ!
Anna uwolniła nerwowo spadochron. Zdążyła tylko zerknąć na wskaźniki obciążenia. W chwili wyrzutu zmieniły się z czerwonych na żółte… Nie ma gwarancji, że wytrzymają. Czyste ryzyko. Ogromne przeciążenie cisnęło je znów na konsole. Spadochron się wypełnił się powietrzem. Kapsuła wyhamowała jakby trafiła w basen z budyniem. Prędkościomierz spadł ze wskazaniami do niesamowicie niskiej wartości. Ale tylko na chwilę. Silne uderzenie w spód kapsuły. Kontener z przyrządami zniknął z paneli diagnostycznych. Pewnie zgniotło go jak puszkę. Zapadła cisza a kapsuła znieruchomiała. Z cichym trzaskiem ładunku pirotechnicznego, spadochron został odstrzelony.
Dziewczyny spojrzały na siebie.
- Żyjemy! O cholera! Żyjemy!
- HAHAHAHAHA!!!!
- Dziewczyny…
- Idę dziś na zakupy!
- A ja się upić!
- Dziewczyny…
- Co?
- Co?
- Kapsuła się wywraca. Wylądowałyśmy na stoku…
Jakby na magiczne zaklęcie, kapsuła zaczęła się obracać. Przechyliła się, a potem zaczęła wirować. Coraz szybciej i szybciej… W środku rozległ się wysoki pisk przerażonych dziewczyn.
W końcu zapadła ciemność. Nie wiedziały ile czasu siedzą w ciemnościach.
W końcu rozległ się szczęk, luk kapsuły zniknął i do środka wpadło jaskrawe światło.
- Dobra dziewczyny! Wychodzić!
Nim zdołały się ruszyć, kapsuła drgnęła i wróciła do normalnej pozycji. W luku pojawiła się głowa Jebediaha.
- No co jest! Odpinać pasy i wychodzić! Nie mamy całego dnia.
Val spojrzała na niego dziwnie.
- U..u…udało się?
- Udało? – Jeb był zdziwiony. – Oczywiście, że nie. Straciłyście statek, aparaturę pomiarową i spadłyście na środek gór, a kapsuła wpadła w przepaść i jesteście martwe.
- To znaczy… Jesteśmy w niebie?
- W Niebie? – Jeb zamrugał zdziwiony. – Faktycznie Bill przesadził. Nie. Jesteście w kabinie naszego najnowszego symulatora i oblałyście test awaryjnego zejścia z orbity.  Bill przywróć zasilanie. – Światło w kapsule zapaliło się. Wskaźniki zrobiły się znów zielone i pełne. Potem pokazał jeden palec.
- Raz. Zapomniałyście o awaryjnym module łączności z anteną dostosowaną do pracy pod obciążeniem aerodynamicznym.
- Dwa. Zbyt długo zajęło wam ustabilizowanie pozycji. –kolejny palec pokazał się w górze.
- Trzy, zapomniałyście o możliwości odstrzelenia kapsuły od statku. Kapsuła ma własną powłokę ochronną. Mniejsza masa wytraciłaby energię dużo szybciej w atmosferze. Zaczęłyście hamowanie zbyt szybko i w rezultacie zamiast na ocean, spadłyście na góry. Zabrało wam to dobre cztery kilometry wysokości. Słowem, oblałyście test, ja przegrałem zakład, a chłopaki mają radochę. Plus za pomysł wykorzystania elementów statku jako osłony termicznej. A teraz wyłazić. Dwadzieścia minut przerwy i powtórka misji od samego początku. Od razu zapowiadam, scenariusz będzie inny. Do końca dnia, zrobimy jeszcze ze trzy takie loty. A do waszego okna startowego, został tydzień i będziemy ćwiczyć bardzo intensywnie. Nie pozwolę, by moje podopieczne poleciały nieprzygotowane. To by położyło cień na mojej reputacji instruktora. Wyłazić!
Odpowiedzią był zbiory jęk protestu. Ale Jebediah się tym nie przejął. Symulator kosztował krocie. Pozwalał na pełne i nieograniczone obroty w każdej pozycji, zmianę pozycji we wszystkich osiach do symulacji przeciążeń, miał wbudowane ogrzewanie, symulujące rozgrzewanie kapsuły, był podłączony do ogromnej lodówki by symulować wychładzanie, o efektach dźwiękowych i wizualnych nie mówiąc. Zbudowano go w oparciu o jego własne doświadczenia. Ciągle pamiętał tamten lot, gdy odpalał spadochrony przy zbyt wysokiej prędkości do nagrań dźwięków. Bill nawet zainstalował ładunki pirotechniczne by udawały zwarcia w instalacji. Słowem najlepsze, co można było zbudować. Przygotuje te dziewczyny tak, że będą najlepszymi kerbonautkami w historii. W końcu… o własną reputację trzeba dbać. Nawet jako instruktor.

Bill przygotował symulator do kolejnego uruchomienia.
- Jeb? Jaki scenariusz tym razem?
- Żaden. Tym razem normalny lot i lądowanie.
- Hę?
- Zaskoczymy je. Będą czekały na kolejną awarię. Zaskoczymy je. Chcę zobaczyć jak działają w stresie.
I Chłopaki uśmiechnęli się do siebie cwaniacko.

THE END
« Ostatnia zmiana: Pon, 28 Gru 2015, 17:03:43 wysłana przez Madrian »

Sob, 26 Gru 2015, 21:28:29
Odpowiedź #1

Offline KnightMoritz

  • Szeregowy
  • *
  • Wiadomości: 91
  • Reputacja: 12
    • Zobacz profil
masz chłopie kapitalny język :) jednak popełniasz czasem bugi, zjadasz literki. sprawdź opowiadanie dokładnie, już w pierwszym zdaniu jest tego typu błąd. Potem jest ich więcej.

Znów brak screenów niestety - a szkoda!

Edit: zapomniałem, że zdarzają się powtórzenia. Może zróbmy tak: zapraszam na czat, na pewno znajdziesz kogoś, kto ci sprawdzi opowiadanie przed publikacją. Takie pomyłki zabijają radość z czytania i wyrywają ze świata, który bardzo dobrze rozpościerasz przed czytelnikiem. Ja sprawdzam swoje rzeczy przynajmniej dwa razy przed publikacją a potem ludzie na czacie wyłapują to, czego ja nie wyłapałem.

Ocena 4 za brak quality control i screenów
« Ostatnia zmiana: Sob, 26 Gru 2015, 21:32:00 wysłana przez KnightMoritz »

Reklama

Odp: [Opowiadanie] - Zejście z Orbity
« Odpowiedź #1 dnia: Sob, 26 Gru 2015, 21:28:29 »

Sob, 26 Gru 2015, 21:43:44
Odpowiedź #2

Offline Madrian

  • Kapral
  • **
  • Wiadomości: 243
  • Reputacja: 15
    • Zobacz profil
Trochę mnie zdziwiłeś.

Cytuj
Jebediah patrzył na swoje kierownika, Jima Kermana

Nie widzę tam literówek. Ani zjadania literek. Jeśli chodzi o imię bohatera, to jest zapisane zgodnie z pisownią w grze.

Opowiadanie sprawdzałem. Choć w był moment, kiedy pisałem część opowiadania na walniętej klawiaturze.
Mogło się coś przekraść. Niestety korekta w Wordzie jakoś nic nie łapie, a i po czytaniu parokrotnym, zauważyłem jedną literówkę, którą poprawiłem.
A jeśli chodzi o:

Cytuj
- Chce.cie. nas. U.zie.mić?

To kropki są akcentem, dzielącym wypowiedź na pojedyncze sylaby.

Screenów nie daję i nie dam.
Opowiadanie wg mnie to tekst. Screen ogranicza wyobraźnię czytelnika i zamienia opowiadanie w historyjkę obrazkową. Przy tekście, "obrazkami" jest sama wyobraźnia czytelnika.
Tylko w jednym opowiadaniu, z publikowanych wcześniej na forum, publikowanym na forum, dałem screeny, ale to była raczej fabularyzowane przedstawienie konkretnej konstrukcji.
« Ostatnia zmiana: Sob, 26 Gru 2015, 21:49:44 wysłana przez Madrian »

Sob, 26 Gru 2015, 22:18:14
Odpowiedź #3

Offline Drangir

  • Major
  • *
  • Wiadomości: 1 626
  • Reputacja: 91
  • Smok rakietowy
    • Zobacz profil
    • DeviantArt
Cytuj
Jebediah patrzył na swojego kierownika, Jima Kermana

Danie tekstu jednej osobie do sprawdzenia opóźni publikację o godzinę, ale umożliwi uniknięcie takich głupotek. Nigdy nie sprawdzisz swojego tekstu tak dokładnie, jak osoba trzecia.

Cytuj
To kropki są akcentem, dzielącym wypowiedź na pojedyncze sylaby.

Używaj myślników w tym celu.


Zgadzam się co do formy opowiadania. Nie wszystko musi być AARem.

« Ostatnia zmiana: Sob, 26 Gru 2015, 22:20:18 wysłana przez Drangir »
Cytat: Steven Universe
- Wasze obliczenia były niepoprawne.
- Nie mogły być niepoprawne, skoro żadnych nie robiliśmy.

Reklama

Odp: [Opowiadanie] - Zejście z Orbity
« Odpowiedź #3 dnia: Sob, 26 Gru 2015, 22:18:14 »

Sob, 26 Gru 2015, 22:32:05
Odpowiedź #4

Offline JackRyanPL

  • Redaktor
  • Podporucznik
  • *****
  • Wiadomości: 924
  • Reputacja: 65
    • Zobacz profil
To co piszą koledzy wyżej. Kilka błędów, ale sama opowieść ciekawa i zaskakująca pod koniec. Miło jest dostać tyle forumowych prezentów w tak krótkim czasie

Sob, 26 Gru 2015, 22:41:27
Odpowiedź #5

Offline Madrian

  • Kapral
  • **
  • Wiadomości: 243
  • Reputacja: 15
    • Zobacz profil

Reklama

Odp: [Opowiadanie] - Zejście z Orbity
« Odpowiedź #5 dnia: Sob, 26 Gru 2015, 22:41:27 »

Nie, 27 Gru 2015, 00:12:19
Odpowiedź #6

Offline KnightMoritz

  • Szeregowy
  • *
  • Wiadomości: 91
  • Reputacja: 12
    • Zobacz profil
W pierwszej kolejności, dzięki za krytykę mojego opowiadania :) Pozwoliłem się do niej odnieść.

Hmmm. Co do argumentu przeciw screenom, to jest to całkiem mocne słowo. Poniekąd się mogę z tym zgodzić.

Screeny osobiście traktuję jako jakąś tam formę "efektów specjalnych" czy dodatkowego medium, który uatrakcyjnia daną formę wypowiedzi. Uważam, że powinny być - chociażby screen tytułowy który jakoś tam graficznie identyfikuje autora. Są jeszcze dwa argumenty. Pierwszy z nich to to, że nie każdy w dzisiejszych czasach ma taką wyobraźnię, aby bez problemu ogarnąć sobie taki tekst. Ja nie mam problemu, Ty nie masz, ale może być ktoś kto przez brak screenów się zwyczajnie zniechęci, zaprzestanie czytania i wątek zostanie niedoceniony (bo takich osób jest zdecydowana większość), zakopany wśród przeciętniackiego crapu którego pełno na forum. Drugi to zwyczajnie egoistyczne pobudki: kto nie lubi się chwalić tym, co zbudował w kerbalach? Tak pod rozwagę :)


@Drangir, ale Ty wiesz, że moje opowiadania to absolutnie nie są AAR'y?

Co do błędów, pierwszy z brzegu który wyłapałem tylko zerkając na końcówkę:
"A do waszego okna startowego, został tydzień będziemy ćwiczyć bardzo intensywnie." <--- nie brakuje tu czegoś? :)
« Ostatnia zmiana: Nie, 27 Gru 2015, 00:15:35 wysłana przez KnightMoritz »

Nie, 27 Gru 2015, 00:39:17
Odpowiedź #7

Offline Kadaf

  • Kapitan
  • ***
  • Wiadomości: 1 329
  • Reputacja: 144
    • Zobacz profil
To ja też się wypowiem na temat screenów. Nikt mi braku wyobraźni nie zarzuci, a tu trafiam na opowiadanko ich nie posiadające. Wiem madrian, że piszesz nieźle, ale.... widziałem że tekst wisi od jakiegoś czasu, a ja go nadal nie przeczytałem. Dlaczego? Bo nie ma niczego, co przykuło by moją uwagę. Czytać lubię bardzo. Ale na półce niemal w zasięgu ręki mam kilkaset książek, z których spora część to autentycznie prima sort. Często lubię wracać zresztą do książek, które przeczytałem dość dawno. No i powiedzmy, że nudzę się niezmiernie (to taka fikcja, bo się nigdy nie nudzę) i mam ochotę coś poczytać akurat. Wybór - opowiadanie napisane przez (nie miej pretensji, to co napiszę nie jest w najmniejszym stopniu obrazą) amatora, albo Lema, Clarka, Pratchetta na wyciągnięcie ręki. Niestety na naszym forum nie ma ani jednego zawodowego pisarza i to takiego z renomą, że wiemy, że tekst będzie pierwsza klasa. To co zachęciło by mnie do lektury, to właśnie screeny, a tych brak. Ja to opowiadanie przeczytam, nie ma obawy, ale przypuszczalnie jeszcze nie dziś.

Reklama

Odp: [Opowiadanie] - Zejście z Orbity
« Odpowiedź #7 dnia: Nie, 27 Gru 2015, 00:39:17 »

Pon, 28 Gru 2015, 16:45:06
Odpowiedź #8

Offline KebabKerman

  • Kapral
  • **
  • Wiadomości: 137
  • Reputacja: 4
  • Jeśli Kebab lubi kebaby jest gejem czy kanibalem?
    • Zobacz profil
Właśnie skończyłem czytać. Bardzo miłe do czytania.

P.S Przed pisaniem jedz obiad żebyś nie jadł liter :D
Kebab Space Agency - Naszym paliwem są pierdy po ostrych kebabach!

Nie, 15 Maj 2016, 10:30:07
Odpowiedź #9

Offline Jebediah Kerman111

  • Szeregowy
  • *
  • Wiadomości: 4
  • Reputacja: 0
    • Zobacz profil
Historia okej ale za dużo przekleństw  :-\ .

Reklama

Odp: [Opowiadanie] - Zejście z Orbity
« Odpowiedź #9 dnia: Nie, 15 Maj 2016, 10:30:07 »

Nie, 15 Maj 2016, 11:18:02
Odpowiedź #10

Offline KebabKerman

  • Kapral
  • **
  • Wiadomości: 137
  • Reputacja: 4
  • Jeśli Kebab lubi kebaby jest gejem czy kanibalem?
    • Zobacz profil
Ty weź idź popracować w kopalni. Będziesz idealnym górnikiem. To już twój 3 odkop, a masz tylko 4 posty...
Kebab Space Agency - Naszym paliwem są pierdy po ostrych kebabach!

 

[Opowiadanie] - KER-KONTAKT

Zaczęty przez Madrian

Odpowiedzi: 11
Wyświetleń: 2412
Ostatnia wiadomość Nie, 04 Sie 2013, 15:17:06
wysłana przez MegaProize
[Opowiadanie] ,,Filar''

Zaczęty przez Mithrill

Odpowiedzi: 34
Wyświetleń: 5129
Ostatnia wiadomość Sob, 05 Lis 2016, 17:33:38
wysłana przez PLDO001
[OPOWIADANIE] Rutynowy lot

Zaczęty przez Padalec

Odpowiedzi: 8
Wyświetleń: 1715
Ostatnia wiadomość Wto, 31 Paź 2017, 23:26:26
wysłana przez Torena
[OPOWIADANIE][PMB] Srebrny Glob

Zaczęty przez DawsterTM

Odpowiedzi: 17
Wyświetleń: 3540
Ostatnia wiadomość Wto, 29 Lip 2014, 16:11:55
wysłana przez Youtub
[Opowiadanie ]Przygody Billa Kermana

Zaczęty przez MATI212

Odpowiedzi: 12
Wyświetleń: 791
Ostatnia wiadomość Wto, 21 Mar 2017, 20:56:09
wysłana przez grabek77