Autor Wątek: [Opowiadanie] - "Symulowany Trening"  (Przeczytany 1699 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Pią, 12 Cze 2015, 23:18:18

Offline Sareth

  • Szeregowy
  • *
  • Wiadomości: 37
  • Reputacja: 12
  • Dura lex, sed lex
    • Zobacz profil
Symulowany Trening

Przedstawiam opowiadanie mojego autorstwa. Mam nadzieję że spodoba wam się moja mała twórczość. Wszelka, konstruktywna i inteligentna krytyka podparta logiką, bardzo mile widziana. Życzę miłego czytania!




Stukot noszy przejeżdżających po fugach kafelek, którymi wyłożony był korytarz skrzydła szpitalnego, mieszał się z ciągłym, miarowym dźwiękiem szurania prześcieradła.
Stanley Kerman trząsł się pod czymś, co medycy śmieli nazwać kołdrą. Zimno przeszywało każdy cal jego ciała i zmuszało wszystkie mięśnie do ciągłych drgawek.
- Panie Stanleyu. Zimno to tylko iluzja spowodowana hibernatolami. Jutro pan je wydali.
Stanley z nienawiścią spojrzał w twarz lekarza ukrytą za śnieżnobiałą maską chirurgiczną. Gdyby tylko czuł to samo co on!

- Poszło wam zaskakująco dobrze... - odezwał się tubalnym głosem Rupert Keraman, dowódca ich misji.
-  To znaczy że lecimy? - zapytał z nadzieją w głosie Mark. Stanley spojrzał krzywo na przyjaciela.
- Jeszcze nie. Przed wami ostatnia próba generalna.
- Kolejna symulacja Duny? - Nie wytrzymał Stanley - Projekt Duna One zakładał lot na czerwoną planetę, a nie siedzenie na kupie kolorowanego piachu!
- Musicie zaakceptować te mikro niedogodności. Zresztą teraz będzie ciekawiej. Stworzyliśmy nową halę symulacyjną. Jest większa i lepsza od wcześniejszych. Nudzić się nie będziecie, bo mamy zaplanowanych kilka urozmaiceń.
- Czy hibernacja jest konieczna? Nie zniosę tego zimna...
- Nie po to wybraliśmy dwóch najlepszych kerbali tylko po to by teraz wysłuchiwać zrzędzenia i narzekań. - Rupert podniósł głos - Tym razem macie się spisać jak najlepiej. Macie kilka tygodni odpoczynku. Odejść!
Dwoje Kerbonautów wstało ze skórzanych foteli i skierowało się ku ciemnym, mahoniowym drzwiom.
- Aha i jeszcze jedno...
Stanley i Mark odwrócili się jak na komendę.
- Kierownictwo naciska na nas byśmy zwiększyli realizm treningu do maksimum.
Tak więc właściwie będzie zero kontaktu. W razie problemów jesteście zdani tylko na siebie. Jeżeli będzie wypadek, wątpię by zarząd pozwolił na wysłanie pomocy.

Moduł załogowy był już przyczepiony do podnośnika, który miał ich przenieść do nowej hali symulacji. Ubrana już, w standardowe kombinezony do lotów, dwuosobowa załoga zasiadła w fotelach.
- Wszystko w porządku? - młody menadżer z ołówkiem za uchem spojrzał na Stanleya.
- Tak, oprócz tego że znów będę musiał żreć papki przez miesiąc.
Menadżer się uśmiechnął.
- Trzy miesiące. Ale spokojnie dostaliście ich więcej niż potrzebujecie. Dobra panowie. Już was zamykamy. Miłej drzemki!
Młody Kerbal wyszedł z modułu, a zaraz po nim trzasnęła salwa zamykanych grodzi i wysuwających się rygli.
- Ciekawe jak wygląda ta nowa hala! - mruknął podekscytowany Mark.
- Też jestem ciekawy... - Stanley w nagłym przebłysku podejrzliwości odsunął mankiet i sprawdził oba zegarki. Swój własny, z datownikiem ustawił na północ pierwszego dnia roku.
Po chwili klapka obok jego głowy otwarła się. Z wnętrza wysunęło się robotyczne ramię straszące dużą igłą podpiętą do niebieskiego przewodu.
Stanley wzdrygnął się, gdy wbiła się mu ramię, lecz zanim poczuł rozchodzący się po ciele chłód, już spał.




Nagłe pikanie wyrwało go ze snu. Dojmujący ziąb sprawił że prawie natychmiast wstał z fotela i rzucił się do apteczki po folię termiczną. Torsje przeszywające jego ciał sprawiły że upadł, i już na leżąco kontynuował okrywanie się nią. Obok głowy usłyszał przeraźliwe rzężenie. Okazało się że Mark doczołgał się do niego. Cały blady na twarzy wyciągnął rękę w stronę folii. Stanley resztkami świadomości które zachował, przykrył swojego kolegę.
Gdy tak leżeli walcząc o każdy oddech, Stanley spojrzał na swój nadgarstek.
Jego zegarek wskazywał drugą piętnaście tego samego dnia. W duchu skrzywił się że jednak dowództwo nie chciało ich wykiwać, a jego sprytny plan był na nic.

Po ponad półgodzinie byli już w stanie stać. Podeszli do okna by spojrzeć na to co przygotowali dla nich specjaliści od treningów. Czerwony glob ciągnął się spektakularnie aż do sztucznego horyzontu. W dali połyskiwało słabo "słońce".
- Jak myślisz? Ile watów?
- Nie wiem, ale kilka tysięcy na pewno. Ekrany nie mogą tak jasno świecić.
Stanley odczepił od rzepu na ścianie teczkę z rozkazami i planem treningu.
- Dobra. Za godzinę od potwierdzenia pojawienia się na stanowisku. mamy wysłać sygnał że wszystko jest ok i że wszystko działa.
Odłożył teczkę na bok i zaczął wstukiwać komendy w komputer pokładowy.
Zaraz po wysłaniu wiadomości komputer wyświetlił potwierdzenie odbioru sygnału.
Oboje nie musieli nawet spoglądać ponownie na teczkę by wiedzieć, że należy teraz wyjść z ich "lądownika" by rozmieścić sprzęt i popisowo wbić flagę z czerwony grunt.
Ubrani już w skafandry, otworzyli śluzę by powtarzając wszelkie wyuczone formułki i krótkie raporty wyjść na zewnątrz.
Wbita w ziemię flaga delikatnie trzepotała na podmuchach, zapewne wpuszczonego do hali CO2.
Stanley po wszystkim ukucnął i wziął do garści rdzawy pył. Ten przesypał mu się przez palce niczym woda.
- Co jest? - Mark odezwał się nagle powodując że Stanley wzdrygnął się ze strachu.
- Nieźle zmielili ten piach. Pamiętaj, aby się dokładnie wytrzepać przed wejściem do modułu.
Mark w odpowiedzi podskoczył kilka razy w miejscu podnosząc na chwilę rudą mgiełkę wokół swoich butów.
- Szkoda że nie dali większej mocy w podwieszenie grawitacyjne. Było by trochę lżej ze skafandrem...
Stanley otrzepał rękawice i spojrzał do góry, gdzie za zasłoną ogromnych ekranów imitujących niebo, z pewnością skrywały się potężne grawitony, które oddziaływały na każdego z nich indywidualnie. Dzięki temu mogli bez problemu wczuć się w pobyt na domniemanej "Dunie".
- Kończy nam się światło dzienne. Wracamy do modułu.

Huk wiatru sprawił że Stanley otworzył oczy. Ciemność pomieszczenia była przerywana tylko miganiem różnokolorowych diod systemów lądownika. Nie wychodząc ze śpiwora spojrzał na grube okno za którym przewijały się brunatne linie pyłu niesionego wichrem.
Był to już standardowy kawałek ich treningów, który miał ich przygotować na warunki atmosferyczne Duny.
Wnętrze lądownika na chwile rozjaśniło się w blasku pioruna. Chwilę później rozległ się jego basowy grzmot.

Stanley uderzył barkiem kilka razy w zewnętrzne drzwi śluzy zanim udało mu się je otworzyć. Oddychając ciężko spojrzał na przyczynę problemu. Przed wejściem leżała ogromna mulda nasypanego przez wiatr pyłu.
- Mark, podaj saperki. Musimy odkopać grata.
Zamiatając i przerzucając kolejne kilogramy rdzy, doszli do tyłu lądownika. Zlegli tam zmęczeni i zapatrzeni w imitacje mglistego horyzontu. Nieskazitelna biel ich skafandrów była już przyprószona  brudem. Po chwili Mark wstał.
- Co robisz? - Stanley spojrzał na towarzysza.
- Chcę sprawdzić jak powiększyli nam dozwoloną odległość poruszania się od lądownika.
- Stawiam że komputer zerwie Ci kontakt po trzydziestu metrach.
- Sprawdźmy! - stwierdził i dziarsko ruszył przed siebie.
Stanley przymykając oczy by widzieć kolegę wyraźniej zza zaparowanej przyłbicy hełmu, starał się nasłuchiwać dźwięki oddechu Marka. Nagle jednak szum urwał się.
Mark złapał się niespodziewanie za hełm i zaczął biec z powrotem.
Głośny szelest oddechu znów odezwał się w słuchawce.
- Przeszedłem dwadzieścia-pięć metrów i nie dość, że zerwało kontakt, to dołożyli jakiś chory i niesamowicie głośny pisk. Myślałem że mi czaszka rozpłata się od niego na dwoje...
- Bardzo boją się o to byśmy, swoimi łbami niechcący nie zniszczyli tych ich drogocennych ekranów.

Mimo otrzepania się z pyłu, jedząc kolację co chwili zmiatali drobne ziarenka z ubrań.
Stało się to niezwykle irytujące po kilku następnych dniach egzystencji na czerwonej parceli ograniczonej przez system. Pył wciskał się wszędzie. Po pewnym czasie spanie w łóżku stało się niezwykle utrudnione, ponieważ drobny piach obcierał skórę równie dobrze co papier ścierny. Wycieranie ciała (a szczególnie oczu) wilgotnymi chusteczkami stało się codziennym rytuałem, który po kolejnej burzy piaskowej stracił rację bytu.

Przekrwionymi ze zmęczenia oczami, ponownie odgarniali pył z lądownika.
Mark nagle przestał machać mozolnie saperką i wyszeptał do mikrofonu.
- Nie ruszaj się.
Stanley znalazł w jego głosie coś, co sprawiło, że natychmiast go posłuchał.
- Przy tylniej, prawej nodze lądownika.
Dalej pozostając w bezruchu, Stanley podniósł oczy i spojrzał we wskazanym kierunku.
Przy ciężkiej hydraulicznym wsporniku, myszkowało coś co przypominało zwierzę.
Nie miało żadnych cech szczególnych, oprócz jednej: całe było pokryte czarnymi długimi kolcami. Tors (jeżeli nim był) miał rozmiar dwóch złączonych pięści. Oprócz czterech, równie kolczastych odnóży nie można było rozróżnić głowy, czy nawet oczu.
Mark począł powoli podnosić swoją saperkę. Gdy jego ręka znalazła się za jego głową, zaskakująco szybko jak na niego, rzucił saperką.
Ta przekoziołkowała w powietrzu i trafiła dziwny obiekt trzonkiem prosto w korpus.
Oboje natychmiast zerwali się i podbiegli do miejsca w którym leżało "zwierzę".
Stanley wyciągnął z kabury przy udzie nóż. Klęcząc na jednej nodze by móc odskoczyć, dźgnął znalezisko. To nie poruszyło się ponownie.
Z wielką ostrożnością wziął okaz na rękę. Kolce okazały się jednak bardzo miękkie i elastyczne. Bez ogródek i słów przekroił "coś" na pół.
Po rękawicy zaczął cieknąć biały płyn. Środek był wyraźnie podzielony na różne kawałki miękkiej niczym gąbka substancji o różnych kolorach. Ukazał się również kawałek czegoś co można było nazwać szkieletem. Mark wyciągnął jedną z tych czarnych "kosteczek" i blisko mu się przyjrzał.
- Włókno węglowe... W środku tej kosteczki błyszczy metal.
- Czyli?
- Robot. Zwykły najprawdziwszy.
- Znaleźli sobie odpowiednią porę na żarty. Mam dość tej błazenady. Kontaktuje się dzisiaj na kanale ratunkowym z dowództwem.
Jak powiedział tak zrobił. Pikanie oczekiwania na połączenie trwało dwie sekundy.
Po tym czasie na ekranie pojawiła się ciemnozielona ze złości twarz samego dowódcy misji.
- Pamiętacie co mówiłem wam o izolacji? Że macie używać tego kontaktu, tylko jak stanie się coś naprawdę poważnego?!
- Mamy dość tego co tutaj się dzieje! Pył wciska się nawet do jedzenia, a wasi "spece" od symulacji bawią się w jakieś hocki klocki z robotami! To miał być trening, nie tortura! Żądam naty...
-TYLKO TYLE?! Mam nadzieję że jak następnym razem będziecie dzwonili, to tylko dlatego że będziecie umierać!
Po tej kwestii obraz zanikł. Stanley ze złości uderzył kilka razy w pulpit konsoli.




Kaszel. Tylko tego im brakowało. W ciągu następnego tygodnia doszli na skraj możliwości fizycznych. Niedługo potem pokazały się kolejne niepokojące obawy ich powolnej agonii. Zaczęli pluć krwią.
Wychodząc po raz tysięczny na zewnątrz, słaniali się na nogach. Fakt że musieli jeszcze dodatkowo naprawić i odczyścić system odprowadzania CO2 z kabiny, wcale nie dodał im motywacji.
Stanley machinalnie rozkręcał części odprowadzacza, ledwie widząc na oczy ze zmęczenia.
Jedyne co jeszcze do niego dochodziło, to urwane dźwięki kaszlu swojego towarzysza.
Ten odezwał się po chwili prosząc o nóż do podważenia pewnego elementu.
Stanley bez namysłu podał narzędzie i wrócił do pracy. Nie kontynuował jednak pracy, a przyglądał się tępo koledze, który z coraz większym wysiłkiem operował nożem.
Mark ponownie zaczął kaszleć, lecz tym razem robił to niezwykle gwałtownie. Dźwięk przypominał prawie odruch wymiotny. Wpatrzony w niego Stanley na klęczkach obserwował walkę przyjaciela. W pewnym momencie jedna z konwulsji targnęła Markiem tak mocno, że ten stracił równowagę i przewrócił się. Gdy upadł wydał z siebie stłumiony okrzyk i zaczął się szarpać w obie strony, tarzając się w czerwonym pyle. Stanley z obojętnością na twarzy obserwował zdarzenie. Czuł się jak we śnie. Dopiero rękojeść noża która wystawała z torsu kolegi sprawiła, że Stanley oprzytomniał. Rzucił się on do towarzysza i nie myśląc za wiele pociągnął go za rękę do śluzy. W panice wciskając przyciski i odkręcając zawory wsłuchiwał się w rzężenie Marka. Gdy ciśnienie wyrównało się, zrzucił hełm i spojrzał na gasnącego kamrata.
Nie zobaczył jego twarzy, ukrytej za woalem śliny wymieszanej z zieloną krwią, która pokryła wewnętrzną stronę owiewki. Ściągnął jego skafander i ocenił rany. Nóż nie wbił się bardzo głęboko. Dziękując niebiosom za szczęście, naciągnął Markowi na twarz maskę tlenową, rzucił się do apteczki i opatrzył rannego najlepiej jak umiał. Zużywając ostatki sił, położył go na pryczy, podłączył kroplówkę i legł na gumie, którą była wyłożona cała podłoga modułu. Teraz wydawała mu się miękka jak pierzyna.

Piąta próba komunikacji nie powiodła się. Stan Marka się pogarszał. A on nie mógł nic więcej zrobić. Próbował wyjść poza obręb wyznaczony przez komputer, ale nie był w stanie. Cholerne zabezpieczenie, które miało ich odwieść przed spotkaniem się ścianą hali treningu, która mogła zniszczyć imersję symulacji, teraz nie pozwalało zdobyć pomocy.
Wiedząc że jest maksymalnie dwieście metrów od nieograniczonego tlenu, wody i pomocy, wpadł w furię.
Gdy szał minął, rozpalony jeszcze złością mózg podsunął pomysł. Mógł tylko w jeden sposób uratować Marka. Zahibernować go.
Hibernacja wymyślona na potrzeby przyszłej podróży kosmicznej zwalniała procesy życiowe do niezbędnego minimum. Problem był taki że hibernatole, substancje pomagające w osiągnięciu stanu pótrwania, były wstrzykiwane tylko na początku i na końcu misji.
Ale można było to obejść. Do końca treningu i odbezpieczenia mechanizmów hibernacji zostały cztery tygodnie. Musiał sprawić by stało się to szybciej.
Dzień pracy zajęło mu dotarcie do mechanizmu odliczania. Ostatnie co musiał zrobić to zresetować odliczanie na start. Mogło dokonać tego tylko spięcie i uszkodzenie systemu odliczającego. Wycierając łokciem pot z czoła, wyciągnął z latarki pokładowej baterię.
Wziął głęboki oddech i zetknął ją z przewodem systemu.
Błysnęła iskra i nagle wszystko zgasło: nastała cisza.
Stanley poczuł rosnącą w sercu panikę. A jeżeli systemy nie wystartują ponownie? Uduszą się tu zanim przyjdzie pomoc z zewnątrz.
Już zaczął ubierać w skafander nieprzytomnego kolegę, gdy nagle znów wszystko się rozjaśniło. Z głośników dobiegł delikatny damski głos.
- Procedura zakończenia misji rozpoczęta. Proszę usiąść i przygotować się do hibernacji.
Euforia sprawiła że Stanley prawie wybuchł z radości. Przeniósł kolegę na fotel hibernacyjny. Gdy tylko zapiął mu pasy, mechaniczne ramię wyjechało z klapki obok jego głowy i wkuło się w ramie. Stanley nie czekając już, sam usiadł w fotelu. Jego ramię z hibernatolami potrzebowało jednak kilku uderzeń pięścią by zadziałało.
Tym razem przyjął chłód z przyjemnością.




Gdy znów otworzył oczy, dalej było mu zimno. Widział nad sobą biały sufit, oraz lampę jarzeniową. Ledwie ruszając głową rozejrzał się. Był w sali szpitalnej.
Obok niego siedział uśmiechnięty dowódca Rupert Kerman.
- I co tam? Fajnie było?
Stanley mimo zmęczenia zmarszczył brwi.
- Teraz jest pan przyjazny? A tamta odmowa pomocy podczas treningu? Mogliśmy zginąć.
Dyrektorowi zrzedła trochę mina, ale dalej się uśmiechał.
- Na to nie miałem wpływu. Jajogłowi kazali mi nagrać tą udawaną rozmowę.
- Nagrać? Ale przecież...
- Jeszcze nie skojarzyłeś faktów? Trening był sfingowany...
- Ale to...
- Oznacza to, że jako pierwsi w historii byliście na innej planecie: Dunie.
Stanley z niedowierzaniem sięgnął do szafki obok łóżka, gdzie widział swój zegarek.
Wskazówki dalej wskazywały, tak jak wtedy po pobudce z hibernacji, drugą piętnaście.
« Ostatnia zmiana: Pią, 12 Cze 2015, 23:20:03 wysłana przez Sareth »
Dura lex, sed lex

Nie, 14 Cze 2015, 08:57:22
Odpowiedź #1

Offline Kadaf

  • Kapitan
  • ***
  • Wiadomości: 1 329
  • Reputacja: 144
    • Zobacz profil
Myślę, że tym razem odrobinę przesadziłeś jednak. Bo masz świetny zasób słów, czyta się to bardzo dobrze, natomiast samo opowiadanie jest bardzo przewidywalne, oraz niestety nie do końca trzyma się kupy. Gdzie? W tej kwestii ogranicznika oddalania się od lądownika. Każda misja kosztuje jednak fortunę, a tu zupełny brak zainteresowania agencji jakimikolwiek badaniami. Żadnych próbek, poszukiwania czegokolwiek. Za zwierzaka dostajesz odemnie złotą malinę. Po pierwsze za jego pojawienie się samo w sobie na martwym globie, gdzie nie bardzo jest co jeść, a po drugie za podejście do niego przez Kerbonautów, czyli rzucanie się z nożem nań. Gdyby moi załoganci dopuścili się czegoś takiego bez konsultacji z centralą, to wywaliłbym ich z roboty na zbity pysk ;) Serio, zachowali się jak absolutni imbecyle, niezależnie czy myśleli że to robot, czy nie. Dodatkowo agencja absolutnie nie zainteresowała się znaleziskiem żywego ogranizmu, ani nawet stanem zdrowia kerbonautów, pomimo bardzo złego stanu jednego z załogantów.

Absolutnie nie zniechęcam cię do pisania kolejnych opowiadań, bo samo pisanie doskonale ci wychodzi. Znacznie lepiej piszesz niż ja. Ale fabularnie tym razem się nie popisałeś.

[Post scalony: Nie, 14 Cze 2015, 09:06:38]
Ach i jeszcze jedno. Zielona krew Kerbonautów. To już któreś z rzędu opowiadanie, gdzie pisze się o zielonej krwi. Ona nie może być zielona. Jest czerwona jak nasza. Wnętrza ust kerbali są czerwone. Tak jak u zielonego krokodyla, żaby i jaszczurki. A w ustach nie ma się skóry powierzchniowej, tylko bardzo cienką śluzówkę, czy jak to się tam zwie. Dlatego właśnie po wnętrzu ust można określić kolor krwi dowolnego stworzenia. Kerbale są zielone tylko na wierzchu.


« Ostatnia zmiana: Nie, 14 Cze 2015, 09:06:38 wysłana przez Kadaf »

Reklama

Odp: [Opowiadanie] - \"Symulowany Trening\"
« Odpowiedź #1 dnia: Nie, 14 Cze 2015, 08:57:22 »

Nie, 14 Cze 2015, 10:28:35
Odpowiedź #2

Offline Sareth

  • Szeregowy
  • *
  • Wiadomości: 37
  • Reputacja: 12
  • Dura lex, sed lex
    • Zobacz profil
Dzięki z góry że skusiłeś się na krytykę! :) Głucha cisza wokół mojego opowiadania była troszkę krępująca. Na starcie powiem, że znów wszelkie moje obawy i niepewności związane z tekstem, ziściły się. Ogranicznik musiał powstać. Uważam że jeszcze bardziej było by dziwne, gdyby po przejściu siedmiu kilometrów mogli sobie powiedzieć "hmmm chyba to nie jest gigantyczna hala treningów". Nie dziwię się przewidywalności: wystarcz spojrzeć na tytuł, który już sam w sobie daje informacje jak to się skończy. Uważam że to całkiem fajne, gdyż co bardziej spostrzegawczy będą mogli już domyślać się pewnych rzeczy. :) Co do "zwierzaka": dalej myśleli że to robot i psikus menadżerów treningu. Choć uważam że dzieło powinno bronić się same, stanę murem jeszcze za jedną rzeczą: brakiem zainteresowania ich stanem. Ten typ "kontaktu" był wymagany. Między Kerbinem a Duną jest około 6 000 000 km odległości przy największym zbliżeniu. (osobiście to wyliczyłem na potrzeby opowiadania; ostatecznie nie zamieściłem nigdzie) Sygnał z prędkością światła w takich warunkach potrzebuje 20 sekund na dolecenie do celu. Dodajmy odpowiedź czyli kolejne 20 sekund. W ten sposób nasi bohaterowie szybko by doszli do wniosku że jednak jest faktyczne coś nie tak.
To tyle: z mojego punktu widzenia większość trzyma się kupy. Chętnie zobaczył bym Twoją odpowiedź na moje durne "tłumaczenie się" :) Jeszcze raz dzięki wielkie za komentarz! I jeżeli ktoś to jeszcze czyta: proszę, komentujcie wszelkie prace pisemne użytkowników. Oczywiście ludzie są w różnym stopniu odporni na krytykę, ale jeżeli ktoś może na waszym poświęconym na napisanie krytyki czasie skorzystać. to myślę że warto! :)

PS co do taj krwi to masz 100% prawdę. Żelazo wchodzące w skład hemoglobiny przenoszącej tlen w organizmie nadaje czerwony kolor. Tak samo jak tlenki żelaza nadają barwę Marsowi czy górze Uluru w Australii. A mam zdawać maturę z biologii... :|
« Ostatnia zmiana: Nie, 14 Cze 2015, 10:47:37 wysłana przez Sareth »
Dura lex, sed lex

Nie, 14 Cze 2015, 10:45:48
Odpowiedź #3

Offline Kadaf

  • Kapitan
  • ***
  • Wiadomości: 1 329
  • Reputacja: 144
    • Zobacz profil
No właśnie, ten typ kontaktu niby wymagany fabularnie, ale z drugiej strony, hm, jeśli to miało być pierwsze lądowanie na innej planecie, to udawanie że to tylko trening wydaje mi się bardzo mocno naciągane. Ze względu na koszt i prestiż, którego taka agencja dostała by chyba wartość ujemną. Żadnej transmisji na Kerbin, żadnych badań, nic. Zupełnie, jakby ten pierwszy lot na inną planetę był wyzwaniem inżynieryjnym nie większym niż napompować koło w rowerze. Z piszczyka ograniczającego maksymalny zasięg eksploracji mogłeś wybrnąć inaczej, na przykład umieszczając lądownik w kraterze o sypkich stromych ścianach. Z jednej strony spełniało by to rolę ogranicznika, z drugiej miało by sens. Co do prędkości połączenia, to też mnie nieco zaskakują te dwie sekundy. Przecież to jeden z istotnych punktów symulowania. Wydano fortunę na ogromną halę symulacji, a nikt nie zadbał o symulacyjną część komunikowania się, co kosztowało by dokładnie nic. A co do zwierzaka, to nadal będę podtrzymywał, że Kerbonauci zachowali się jak koszmarni amatorzy, których co prawda bezpiecznie można wysłać do kiosku po gazetę, ale już nie ładować grube pieniądze w ich treningi.

Sądzę, że z bardzo lekka inspirowałeś się motywem z Seksmisji, oraz opowiadaniem Lema o pilocie Pirxie, gdzie wszystko odbyło się nieco podobnie, tyle że na odwrót. Tam kosmonauta był przekonany, że leci, a tymczasem właśnie była to symulacja. Odwrócenie dobrego pomysłu jednak nie zawsze przynosi równie dobre efekty.

Reklama

Odp: [Opowiadanie] - "Symulowany Trening"
« Odpowiedź #3 dnia: Nie, 14 Cze 2015, 10:45:48 »

Nie, 14 Cze 2015, 10:48:18
Odpowiedź #4

Offline JackRyanPL

  • Redaktor
  • Podporucznik
  • *****
  • Wiadomości: 924
  • Reputacja: 65
    • Zobacz profil
Dla mnie to jeden z lepszych kawałków tekstu na forum. Przede wszystkim nie jest nudne i nie zmusiło mnie do odpalenia na chwilę drugiej karty i robienia czegoś na niej. Wręcz przeciwnie. Zminimalizowałem kilka okien, żeby w spokoju przeczytać. Natomiast jest przewidywalne. Mniej więcej w połowie doszedłem do wniosku, że są na prawdziwej Dunie. W okolicach podania Stanleyowi hibernatolu. Naprawdę przyjemnie się to czytało i uważam, że powinieneś próbować dalej pisać opowiadania. 423/567. Skala dziesięciostopniowa wciąż dla słabych.

Nie, 14 Cze 2015, 11:04:44
Odpowiedź #5

Offline Sareth

  • Szeregowy
  • *
  • Wiadomości: 37
  • Reputacja: 12
  • Dura lex, sed lex
    • Zobacz profil
Faktycznie teraz sam zauważam wiele podświadomych nawiązań do polskiej klasyki SF. Muszę przyznać że ciężko w dobie internetu i mass mediów wymyślić coś 100% oryginalnego. Ale jak nie teraz to może następnym razem? :) Na pewno spróbuję ponownie, gdy tylko znów zawładnie mną jakiekolwiek natchnienie by coś skrobnąć! :) Dzięki jeszcze raz za wszelką opinię! :)
Dura lex, sed lex

Reklama

Odp: [Opowiadanie] - "Symulowany Trening"
« Odpowiedź #5 dnia: Nie, 14 Cze 2015, 11:04:44 »

Wto, 30 Sie 2016, 10:52:14
Odpowiedź #6

Offline kombajn

  • Szeregowy
  • *
  • Wiadomości: 1
  • Reputacja: 0
    • Zobacz profil
Jak miło akurat szukałem dokładnego tytułu opowiadania które czytałem kilkanaście lat temu i trafiłem na ten tekst... który jest plagiatem  (z pozmienianymi nazwami własnymi) z opowiadania Harrego Harrisona "Symulowany trening"  (którego szukałem)tytuł oryginalny "Trainee for Mars" napisanego w 1958 roku wydanego w Polsce między innymi w zbiorze opowiadań "Wojna z robotami"
Aby zobaczyć link - ZAREJESTRUJ SIĘ lub ZALOGUJ SIĘ

Rzeczywiście tekst Pana autorstwa jak cholera. A raczej cholera to człowieka bierze jak widzi taki kant.

Wto, 30 Sie 2016, 16:11:41
Odpowiedź #7

Offline grabek77

  • Kapral
  • **
  • Wiadomości: 233
  • Reputacja: 11
    • Zobacz profil
Ooo skubany!!! "Wycierając łokciem pot z czoła", ja próbowałem zetrzeć pot ze swojego czoła swoim łokciem ale nie dalem rady...
--
Pozdrawiam
Grabek

Reklama

Odp: [Opowiadanie] - "Symulowany Trening"
« Odpowiedź #7 dnia: Wto, 30 Sie 2016, 16:11:41 »

Wto, 30 Sie 2016, 23:49:06
Odpowiedź #8

Offline JackRyanPL

  • Redaktor
  • Podporucznik
  • *****
  • Wiadomości: 924
  • Reputacja: 65
    • Zobacz profil
Częściowo wykonalne. Łokciem jako takim nie, ale zgięciem oraz obszarem leżącym wokół łokcia już na spokojnie.

Wto, 30 Sie 2016, 23:55:02
Odpowiedź #9

Offline grabek77

  • Kapral
  • **
  • Wiadomości: 233
  • Reputacja: 11
    • Zobacz profil
Aby zobaczyć link - ZAREJESTRUJ SIĘ lub ZALOGUJ SIĘ
Częściowo wykonalne. Łokciem jako takim nie, ale zgięciem oraz obszarem leżącym wokół łokcia już na spokojnie.

Łokciem pisze a nie obszarem wokół... tak więc... nadal twierdze, że dobrze go musiało wygiąć. :)
--
Pozdrawiam
Grabek

Reklama

Odp: Odp: [Opowiadanie] - "Symulowany Trening"
« Odpowiedź #9 dnia: Wto, 30 Sie 2016, 23:55:02 »

Czw, 01 Wrz 2016, 15:26:37
Odpowiedź #10

Offline Sareth

  • Szeregowy
  • *
  • Wiadomości: 37
  • Reputacja: 12
  • Dura lex, sed lex
    • Zobacz profil
Osz kurka wodna, poważny zarzut, a co gorsza: słuszny.
Okładkę znam, pogrzebałem więc za tą książką w starej biblioteczce dziadka i faktycznie: Wojna z Robotami ma to opowiadanie. Co gorsza, za kurdupla przeczytałem cały ten zbiór. Zagnieździło się w pamięci bez wzmianki, że to była czyjaś idea, a nie dawno zarzucony "własny pomysł" na opowiadanie
Nie ma tu miejsca na okoliczności łagodzące: czy świadomie czy nie, popełniłem faktyczny plagiat, przyznaje się do niego i poniosę wszelką odpowiedzialność za popełniony czyn.
Chcę też przeprosić wszystkich, którzy przeczytali powyższą zrzynę myśląc, że to w 100% moje dzieło.
Przepraszam, oraz czekam pokornie na wszelkie konsekwencje (w szczególności od starszyzny forum)
Dura lex, sed lex

 

[Opowiadanie] - "To mój Dzień" - Misja Solar Lover

Zaczęty przez Sareth

Odpowiedzi: 9
Wyświetleń: 1553
Ostatnia wiadomość Nie, 22 Mar 2015, 20:37:19
wysłana przez Robson
REGULAMIN DZIAŁU "GALERIA"

Zaczęty przez Ravnarr

Odpowiedzi: 0
Wyświetleń: 977
Ostatnia wiadomość Pią, 15 Mar 2013, 22:17:24
wysłana przez Ravnarr
Program "Horyzonty"

Zaczęty przez Macheroni

Odpowiedzi: 2
Wyświetleń: 721
Ostatnia wiadomość Nie, 14 Lut 2016, 10:20:07
wysłana przez Sisa
Zabawka "Lądownik"

Zaczęty przez Grzegorz2121

Odpowiedzi: 5
Wyświetleń: 1737
Ostatnia wiadomość Pon, 23 Wrz 2013, 19:44:48
wysłana przez Grzegorz2121
[OPOWIADANIE] Rutynowy lot

Zaczęty przez Padalec

Odpowiedzi: 8
Wyświetleń: 1763
Ostatnia wiadomość Wto, 31 Paź 2017, 23:26:26
wysłana przez Torena