Kolego, wszystko fajnie, ale pokazałeś filmiki z lotów na pułapie bardzo niskim, a my mówimy o lotach w stratosferze.
To jakbyś porównywał pływanie w smole, z bieganiem po łące.
To już zupełnie inna para kaloszy. Aerodynamika na tej wysokości pomału zanika. Większą rolę ogrywa już ciąg, gdyż skrzydła nie są w stanie podtrzymywać dłużej samolotu. Opór czołowy zanika. Oderwanie strug na skrzydle traci znaczenie i siłę. Samolot obraca się prawie pionowo, do generowania siły nośnej wykorzystując ciąg. Samolot jednak nadal ma sporą prędkość poziomą, ale obracając się przy coraz większym kącie natarcia, powoduje to różnicowanie oporu działającego na konstrukcję. Zamiast napierać na nos, napiera na spód maszyny. Inny opór daje usterzenie, inny skrzydła, a inny dziób. Powstaje moment obrotowy, którego nie są w stanie skompensować stateczniki, przy niskim ciśnieniu powietrza. Dlatego samoloty stratosferyczne mają małe skrzydła, wielkie silniki i niewielkie usterzenie. Ogromny stosunek mocy do masy, pozwala je rozpędzić na tyle, żeby prędkość niwelowała niższe ciśnienie.
Wystarczy się przyjrzeć choćby SR71 czy MIG-25, których elementem głównym są silniki, a cała reszta to dodatek. Seria Bell X (doświadczalne NASA), nie posiada praktycznie wcale skrzydeł a stery są szczątkowe.
Jeżeli zaś mówimy o KSP, to niezwykle ważne jest właściwe rozmieszczenie środka ciężkości (z pełnymi i pustymi zbiornikami - warto korzystać z tej opcji w trakcie budowy), tak by nie następowały istotne zmiany jego położenia, a silniki powinny być rozmieszczone tak, żeby kierunek ciągu (purpurowy znacznik) był w jednej linii ze środkiem ciężkości (żółty znacznik) i punktem obrotu (niebieski znacznik). Położenie środka ciężkości w samolocie powinno być minimalnie przed punktem obrotu i w całym okresie lotu, nie powinien się przesuwać za niego.
Jeżeli tak się stanie, na samolot zadziała moment skręcający.
Niską skuteczność sterów można lekko poprawić, stosując większą ilość SAS-ów.