Widzę, że nikt się nie pofatygował o komentarz.
Mimo wszystko święta świętami, pojedli, popili, jajca poświecili, a misja sama się nie wykona. Tym razem, żeby się już nie rozdrabniać startuje jedna rakieta z lądownikiem/bazą i jednym pojazdem wzorowanym na universalu, który brał udział w misji na Eve z tą różnicą iż to mój pierwszy pojazd z trakcją gąsienicową. Kółka się nie sprawdziły, więc może gąsienice dadzą radę.



Start, orbita, manewr i pełny gaz. Dzięki temu, że trochę powiększyłem rakiete udało się dotrzeć do moho z nienaruszonym modułem transferowym i małą rezerwą paliwa w stopniu rakiety, który wspomógł mnie przy hamowaniu już po osiągnięciu planety.

Po dotarciu do celu wypaliłem resztę paliwa ze stopnia rakiety, po czym przesiadka na moduł transferowy i powolne hamowanie.



Po osiągnięciu niskiej orbity na pierwszy ogień poszedł pojazd universal. Schodzenie przebiegało pomyślnie do czasu lądowania. Ciemna powierzchnia skryta w jeszcze większej ciemności okazała się być bardziej stroma niż sądziłem.


Szybkie wczytywanie i druga próba. Tym razem miejsce to łagodne zbocze góry. Druga próba się udała i pojazd wylądował w jednym kawałku.



Po udanym lądowaniu universala przyszła pora na załogę. Separacja od modułu transferowego i schodzimy, aż do udanego lądowania.

Pojazd dojechał do lądownika, załoga w komplecie, sprzęt cały można brać się za robotę.

Po tym jak Jeb przegrał w marynarza i został pilnować lądownika Bob z Billem ruszyli do groty krakena lub jak kto woli mohola.



Jednym słowem "wielka dziura". Czas wyładować łazik i zjechać na dół. Ze względów bezpieczeństwa kierownictwo misji zakazało zbliżania się załodze do krateru, dlatego na dno zjedzie próbnik, zwany pieszczotliwie "żuk". W pliku cfg od modu KAS zmieniłem domyślną ilość liny z 50 metrów na 2000, lecz z niewiadomych dla mnie przyczyn kabel skończył się na 700 metrach co skomplikowało trochę sytuacje.



I jazda prosto w otchłań. Jak już wspomniałem kabel kończył się na 700 metrach co przy dwóch wyciągarkach pozwalało na pokonanie raptem 1400 metrów.



W tej sytuacji jedyna droga prowadzi prosto na dno, do którego dotarły jedynie szczątki. Mówi się trudno i żyje dalej.
I to tyle. Powrót już niebawem.
Dziękuję za uwagę.