Autor Wątek: Cel - Laythe. Sporo żelastwa leci w kosmos.  (Przeczytany 895 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Pią, 14 Sie 2020, 12:01:10

Offline Kadaf

  • Kapitan
  • ***
  • Wiadomości: 1 353
  • Reputacja: 145
    • Zobacz profil
 Pewnie wszyscy zapomnieli o Kadafie. Niektórzy pewnie nawet odetchnęli z ulgą. No to peszek, bo ściągnąłem najnowszą wersję, poczekałem na kilka modów i zasiadłem w VABie. Efektem tego siedzenia są cztery statki kosmiczne, które postanowiłem wysłać na Laythe. Bo podobno ma nową powierzchnię, w końcu ładną i zróżnicowaną. Trzeba sprawdzić!

Nie będę się tutaj bawił w tryb opowiadania, bo forum generalnie jest martwe, a takie pisanie opowiadań to sporo pracy. Ale fotki (dużo fotek) mogę wrzucić, a co mi tam. Narobiłem się, to pokażę.

A więc zaczynamy - KADAF INDUSTRIES back online!


Statek numer jeden. Rdzeń całej wyprawy, centrum wydobywcze i cała baza.



Duża część manewru transferowego Kerbin-Jool wykonana jeszcze na paliwie z rakiety nośnej. Potem przeszedłem na napęd atomowy, który stanowi 6 silników.



Wszystko wyszło tak wydajnie, że zewnętrzne zbiorniki odrzucałem dopiero podczas manewru hamowania na orbicie Laythe.



Baza leci w owiewce, bo te owiewki całkiem nieźle chronią ładunek podczas aerobrakingu i lot jest aerodynamicznie stabilny, a poza tym, to co pod owiewką to wielka tajemnica. W tej chwili baza znajduje się na orbicie parkingowej. Z lądowaniem trzeba poczekać, na statek numer 2, bo w nim dopiero leci orbitalny skaner. A jeszcze trzeba znaleźć płaskie miejsce. Szukaniem równego terenu zajmie się zawartość rakiety numer 3. Poniżej zdjęcie dwójki jeszcze na orbicie Kerbinu.



Podobnie jak baza, zapasy paliwa wystarczyły całkiem nieźle. Obawiałem się problemów z łącznością, bo ten sprzęt leci bezzałogowo. Na szczęście cała armada leciała w grupie, więc kontakt z centrum ani razu się nie zerwał. No i hamowanie u celu o jakieś 3000 m/s



To był długi manerw, przeszło 10 minut.



Orbita wyszła bardzo wydłużona, dokładnie zgodnie z planem, bo skaner musi wejść na orbitę polarną, a takie manewry najlepiej robić w możliwie dalekim punkcie apoapsy. Ładunek uwolniony!



Wnikliwy obserwator zauważy, że ta rakieta to nie tylko skaner, ale również pokaźna ilość żelastwa, która będzie lądować. Dlatego też nie całą rakietą wchodziłem na orbitę polarną, a samym skanerem. Paliwa wystarczyło i jest nawet niezły zapasik. Kompletnie nie wiadomo po co, bo jednak na dotarcie do Vaal raczej nie wystarczy.



Po zeskanowaniu powierzchni pojawiło się kilka opcji lądowania, a wszystkie słabe. Na równiku tylko jedna mała i nieciekawa wysepka jest zdatna do wydobycia. A nie po to leci cała armada, żebym lądował w nudnym miejscu. Po naprawdę długim dumaniu doszedłem do wniosku, że posadzę bazę na jednym z większych lądów na półkuli południowej. Ale żeby wiedzieć gdzie dokładnie, to trzeba najpierw wylądować łazikiem i tu na scenę wkracza rakieta numer 3. Dla żadnego ze statków nie wymyślałem nazw, ale statek numer 3 zdecydowanie zasłużył sobie na nazwę Problem.
A oto i on, na orbicie Kerbinu nic jeszcze nie zwiastowało jakie będę miał kłopoty z tą maszyną.



Część manewru na nośnej, sama końcówka na czterech silnikach atomowych. Kończąc transfer jeszcze nie zauważyłem jaki dramat tam się odbywa w instalacjach. Może zwrócić uwagę fakt, że statek ten ma silniki również na czubku, więc będzie hamować tyłem do przodu. Zbudowałem go tak, z przyczyn technicznych, tylko właśnie sobie zdałem sprawę, że zapomniałem z jakich. Żebyście już tak nie drżeli z niecierpliwości to napiszę, że to co wygląda na moduł transferowy jest też sześcioosobowym statkiem powrotnym Laythe-Kerbin. Pod owiewką normalne wyposażenie, czyli łazik i odrzutowiec zwiadowczy. W centralnej części satelity komunikacyjne. Lecimy, kilka drobnych korekt, wchodzę na orbitę Laythe. I nagle zdaję sobie sprawę, że silniki atomowe za cholerę nie chcą brać paliwa ze zbiornika centralnego i zamiast mieć 3000 DV mają 300. Masakra!



Okazało się, że podczas składania statku silniki zaczepiły mi się nie do głównego zbiornika, a do dwuteownika, który za cholerę nie przekazuje paliw. Jakoś mi to umknęło przy montażu. Zmienianie w opcjach, że wszystko ma przekazywać paliwo nic nie dało, ale przynajmniej zaczęła być możliwa opcja, że ze zbiorników zewnętrznych paliwo będzie przechodziło do silników. Tyle, że nie chciało się to robić samoczynnie, musiałem przelewać ręcznie po 400 galonów jeden po drugim. Na dodatek prędkość była taka, że do wyhamowania miałem 3000 m/s z manewrem trwającym 15 minut. Na wskutek jakiegoś buga tylko niektóre zbiorniki umożliwiały przelanie powtórne, bo przecież został jeszcze wielki zbiornik centralny 3200 galonów z którego już w ogóle nie chciało normalnie paliwo iść. przelewałem je przez jeden mały zbiornik czterysetkę (który jakimś cudem działał prawidłowo) i potem z niego do pozostałych po trochu. Czasami rakieta szła więc na trzech, a czasami nawet na dwóch silnikach. A tymczasem jak najpierw Laythe była daleko, to po chwili już mijałem i zacząłem się oddalać. W końcu nie byłem już w stanie zmusić wszystkich silników do pracy, więc obróciłem zestaw i zacząłem hamować dwoma silnikami chemicznymi, które miały służyć do deorbitacji. To był koszmarny kwadrans i nie powiem, żeby udał się za pierwszym razem, wczytywałem chyba grę ze 3 razy. Nawet tak zacząłem kombinować, że przebuduję statek, wszak na pokładzie leciał inżynier, a wśród garstki modów, które mam, za absolutny Must Have uważam KAS+KIS. Niestety okazało się, że żeby przenieść ciężki silnik atomowy potrzeba 3 kerbali, a ja miałem tylko dwóch. Musiałem działać po staremu hamując tym cholerstwem. W końcu się udało. Poszło 3/4 paliwa do silników chemicznych, w module transferowym nieco wodoru który uparcie nie chciał się przelewać, ale orbitę złożyłem do kupy. Przyszedł czas na rozstawienie komunikacji.
 


Cztery satelity średniego zasięgu rozmieściłem wokół Laythe na 500 km, potem przyszedł czas na te dalekiego zasięgu, które zostaną umieszczone na orbicie Joola między Laythe a Vaalem. Fotka, gdy byłem w cieniu Joola, dziwnie czerwona. Skąd to światło niby?



Orbita Problema (chyba tak należy odmieniać nazwę własną statku, jak sądzicie?) była skrajnie wydłużona, ale teraz już to nie miało znaczenia, jakoś ją skorygowałem hamując jednym z silników atomowych, który od biedy brał paliwo. Nie było by kłopotu, gdyby to był tylko moduł transferowy, ale niestety jest to też rakieta powrotna, która aktualnie nie nadaje się do użycia. Ale z tym sobie poradzę później - już wiem jak :) Tymczasem mogłem przystąpić do lądowania. Rozłączanie.



No to po Problemie - tak sobie pomyślałem wówczas. No... nie. Ta rakieta to Problem pełną gębą. Gdy już się szykowałem do obrotu przed zejściem na powierzchnie wyszło, że nie ma prądu. Ha, te silniki, które służą do hamowania nie mają generatorów, a jedyne RTG zostało w statku powrotnym. Na szczęście udało się obrócić dzięki wektorowanemu ciągowi. Schodzę z orbity.



Chwilę później odrzuciłem owiewkę i wystrzeliłem spadochrony.



Chwilę później odrzuciłem ablator i rozłożyłem nóżki, hamowanie końcowe tuż przed lądowaniem.



No i uff, Problem dał radę. Czy to już koniec kłopotów? Bynajmniej.



Okazało się, że nie mogę odłączyć łazika, bo nigdzie nie pojedzie - brak prądu. Panele skutecznie zasłaniały rozmaite żelastwa. Co tu robić? Na szczęście na pokładzie znajdował się alternator, gdzie? Ano w samolocie.



Czy samolot zadziała? Testowałem go do bólu na Kerbinie, ale nie na Laythe. Jest to dwusilnikowy VTOL z jednym silnikiem pionowym i drugim poziomym. Na szczęście odłączenie przebiegło pomyślnie, Jumo posłusznie wytworzył ciąg i po chwili wylądowałem obok Problema. Inżynier podpiął wąż, który służy do tankowania samolotu i rozpoczęła się operacja, której kompletnie nie przewidziałem. To nie paliwo szło z łazika do odrzutowca, tylko prąd z odrzutowca do łazika. Silnik sobie jęczał na wolnych obrotach i akumulatory zaczęły się ładować. Po kilku minutach odłączyłem łazik od Problema i wyjechałem spod lądownika.



No to można przybijać piątki, wszystko się udało. No nie do końca! Samolot był zamontowany do lądownika na kratownicy i dikaplerze i z nimi się odłączył. Sobie pomyślałem, pan inżynier zaraz odkręci. A guzik. Przenosząc samolot z Subassembly do VAB jako root wyznaczyłem dikapler. A więc gdy próbowałem go zdemontować to okazało się, że to nie kratownicę mogę odkręcić od samolotu, tylko samolot od kratownicy. Gdy odkładałem samolot na grunt obok kratownicy wziął i wybuchł. Dobrze, że zapisałem stan gry wcześniej. Druga próba, też kaszana, udało się przy trzeciej.



Czy tak do końca się udało? No nie, silnik się przekrzywił, na szczęście tutaj już udało się go bez kłopotu odłączyć i przykręcić z powrotem jak należy. Pilot wsiadł do kokpitu i postanowiłem przeprowadzić test jakże to moje maleństwo fruwa.



I tutaj mam nadzieję, że fatum ciążące nad Problemem się już zakończyło, bo odrzutowiec działa wprost wyśmienicie. Pułap maksymalny jest wyższy niż na Kerbinie, chociaż praktyczny ustaliłem na 11 km 300 metrów - powyżej alternator już robi za mało prądu.



Po zatoczeniu sporego koła wylądowałem i ponownie zatankowałem samolot z niewielkich zbiorników łazika. A do łazika przelałem z Problema, został jeszcze spory zapas.

To tyle! Co tam się będzie działo dalej napiszę później. Może ktoś zauważył, że ani słowa nie było o rakiecie numer cztery. Jakoś zapomniałem zrobić zdjęcia z orbity Kerbinu, a tak się złożyło, że czwórka ma jeszcze 2 miesiące do dotarcia na Laythe.




[Post scalony: [time]Sob, 15 Sie 2020, 00:12:34[/time]]
Aby zobaczyć link - ZAREJESTRUJ SIĘ lub ZALOGUJ SIĘ
Pewnie wszyscy zapomnieli o Kadafie. Niektórzy pewnie nawet odetchnęli z ulgą. No to peszek, bo ściągnąłem najnowszą wersję, poczekałem na kilka modów i zasiadłem w VABie. Efektem tego siedzenia są cztery statki kosmiczne, które postanowiłem wysłać na Laythe. Bo podobno ma nową powierzchnię, w końcu ładną i zróżnicowaną. Trzeba sprawdzić!

Nie będę się tutaj bawił w tryb opowiadania, bo forum generalnie jest martwe, a takie pisanie opowiadań to sporo pracy. Ale fotki (dużo fotek) mogę wrzucić, a co mi tam. Narobiłem się, to pokażę.

A więc zaczynamy - KADAF INDUSTRIES back online!


Statek numer jeden. Rdzeń całej wyprawy, centrum wydobywcze i cała baza.



Duża część manewru transferowego Kerbin-Jool wykonana jeszcze na paliwie z rakiety nośnej. Potem przeszedłem na napęd atomowy, który stanowi 6 silników.



Wszystko wyszło tak wydajnie, że zewnętrzne zbiorniki odrzucałem dopiero podczas manewru hamowania na orbicie Laythe.



Baza leci w owiewce, bo te owiewki całkiem nieźle chronią ładunek podczas aerobrakingu i lot jest aerodynamicznie stabilny, a poza tym, to co pod owiewką to wielka tajemnica. W tej chwili baza znajduje się na orbicie parkingowej. Z lądowaniem trzeba poczekać, na statek numer 2, bo w nim dopiero leci orbitalny skaner. A jeszcze trzeba znaleźć płaskie miejsce. Szukaniem równego terenu zajmie się zawartość rakiety numer 3. Poniżej zdjęcie dwójki jeszcze na orbicie Kerbinu.



Podobnie jak baza, zapasy paliwa wystarczyły całkiem nieźle. Obawiałem się problemów z łącznością, bo ten sprzęt leci bezzałogowo. Na szczęście cała armada leciała w grupie, więc kontakt z centrum ani razu się nie zerwał. No i hamowanie u celu o jakieś 3000 m/s



To był długi manerw, przeszło 10 minut.



Orbita wyszła bardzo wydłużona, dokładnie zgodnie z planem, bo skaner musi wejść na orbitę polarną, a takie manewry najlepiej robić w możliwie dalekim punkcie apoapsy. Ładunek uwolniony!



Wnikliwy obserwator zauważy, że ta rakieta to nie tylko skaner, ale również pokaźna ilość żelastwa, która będzie lądować. Dlatego też nie całą rakietą wchodziłem na orbitę polarną, a samym skanerem. Paliwa wystarczyło i jest nawet niezły zapasik. Kompletnie nie wiadomo po co, bo jednak na dotarcie do Vall raczej nie wystarczy.



Po zeskanowaniu powierzchni pojawiło się kilka opcji lądowania, a wszystkie słabe. Na równiku tylko jedna mała i nieciekawa wysepka jest zdatna do wydobycia. A nie po to leci cała armada, żebym lądował w nudnym miejscu. Po naprawdę długim dumaniu doszedłem do wniosku, że posadzę bazę na jednym z większych lądów na półkuli południowej. Ale żeby wiedzieć gdzie dokładnie, to trzeba najpierw wylądować łazikiem i tu na scenę wkracza rakieta numer 3. Dla żadnego ze statków nie wymyślałem nazw, ale statek numer 3 zdecydowanie zasłużył sobie na nazwę Problem.
A oto i on, na orbicie Kerbinu nic jeszcze nie zwiastowało jakie będę miał kłopoty z tą maszyną.



Część manewru na nośnej, sama końcówka na czterech silnikach atomowych. Kończąc transfer jeszcze nie zauważyłem jaki dramat tam się odbywa w instalacjach. Może zwrócić uwagę fakt, że statek ten ma silniki również na czubku, więc będzie hamować tyłem do przodu. Zbudowałem go tak, z przyczyn technicznych, tylko właśnie sobie zdałem sprawę, że zapomniałem z jakich. Żebyście już tak nie drżeli z niecierpliwości to napiszę, że to co wygląda na moduł transferowy jest też sześcioosobowym statkiem powrotnym Laythe-Kerbin. Pod owiewką normalne wyposażenie, czyli łazik i odrzutowiec zwiadowczy. W centralnej części satelity komunikacyjne. Lecimy, kilka drobnych korekt, wchodzę na orbitę Laythe. I nagle zdaję sobie sprawę, że silniki atomowe za cholerę nie chcą brać paliwa ze zbiornika centralnego i zamiast mieć 3000 DV mają 300. Masakra!



Okazało się, że podczas składania statku silniki zaczepiły mi się nie do głównego zbiornika, a do dwuteownika, który za cholerę nie przekazuje paliw. Jakoś mi to umknęło przy montażu. Zmienianie w opcjach, że wszystko ma przekazywać paliwo nic nie dało, ale przynajmniej zaczęła być możliwa opcja, że ze zbiorników zewnętrznych paliwo będzie przechodziło do silników. Tyle, że nie chciało się to robić samoczynnie, musiałem przelewać ręcznie po 400 galonów jeden po drugim. Na dodatek prędkość była taka, że do wyhamowania miałem 3000 m/s z manewrem trwającym 15 minut. Na wskutek jakiegoś buga tylko niektóre zbiorniki umożliwiały przelanie powtórne, bo przecież został jeszcze wielki zbiornik centralny 3200 galonów z którego już w ogóle nie chciało normalnie paliwo iść. przelewałem je przez jeden mały zbiornik czterysetkę (który jakimś cudem działał prawidłowo) i potem z niego do pozostałych po trochu. Czasami rakieta szła więc na trzech, a czasami nawet na dwóch silnikach. A tymczasem jak najpierw Laythe była daleko, to po chwili już mijałem i zacząłem się oddalać. W końcu nie byłem już w stanie zmusić wszystkich silników do pracy, więc obróciłem zestaw i zacząłem hamować dwoma silnikami chemicznymi, które miały służyć do deorbitacji. To był koszmarny kwadrans i nie powiem, żeby udał się za pierwszym razem, wczytywałem chyba grę ze 3 razy. Nawet tak zacząłem kombinować, że przebuduję statek, wszak na pokładzie leciał inżynier, a wśród garstki modów, które mam, za absolutny Must Have uważam KAS+KIS. Niestety okazało się, że żeby przenieść ciężki silnik atomowy potrzeba 3 kerbali, a ja miałem tylko dwóch. Musiałem działać po staremu hamując tym cholerstwem. W końcu się udało. Poszło 3/4 paliwa do silników chemicznych, w module transferowym nieco wodoru który uparcie nie chciał się przelewać, ale orbitę złożyłem do kupy. Przyszedł czas na rozstawienie komunikacji.
 


Cztery satelity średniego zasięgu rozmieściłem wokół Laythe na 500 km, potem przyszedł czas na te dalekiego zasięgu, które zostaną umieszczone na orbicie Joola między Laythe a Vallem. Fotka, gdy byłem w cieniu Joola, dziwnie czerwona. Skąd to światło niby?



Orbita Problema (chyba tak należy odmieniać nazwę własną statku, jak sądzicie?) była skrajnie wydłużona, ale teraz już to nie miało znaczenia, jakoś ją skorygowałem hamując jednym z silników atomowych, który od biedy brał paliwo. Nie było by kłopotu, gdyby to był tylko moduł transferowy, ale niestety jest to też rakieta powrotna, która aktualnie nie nadaje się do użycia. Ale z tym sobie poradzę później - już wiem jak :) Tymczasem mogłem przystąpić do lądowania. Rozłączanie.



No to po Problemie - tak sobie pomyślałem wówczas. No... nie. Ta rakieta to Problem pełną gębą. Gdy już się szykowałem do obrotu przed zejściem na powierzchnie wyszło, że nie ma prądu. Ha, te silniki, które służą do hamowania nie mają generatorów, a jedyne RTG zostało w statku powrotnym. Na szczęście udało się obrócić dzięki wektorowanemu ciągowi. Schodzę z orbity.



Chwilę później odrzuciłem owiewkę i wystrzeliłem spadochrony.



Chwilę później odrzuciłem ablator i rozłożyłem nóżki, hamowanie końcowe tuż przed lądowaniem.



No i uff, Problem dał radę. Czy to już koniec kłopotów? Bynajmniej.



Okazało się, że nie mogę odłączyć łazika, bo nigdzie nie pojedzie - brak prądu. Panele skutecznie zasłaniały rozmaite żelastwa. Co tu robić? Na szczęście na pokładzie znajdował się alternator, gdzie? Ano w samolocie.



Czy samolot zadziała? Testowałem go do bólu na Kerbinie, ale nie na Laythe. Jest to dwusilnikowy VTOL z jednym silnikiem pionowym i drugim poziomym. Na szczęście odłączenie przebiegło pomyślnie, Jumo posłusznie wytworzył ciąg i po chwili wylądowałem obok Problema. Inżynier podpiął wąż, który służy do tankowania samolotu i rozpoczęła się operacja, której kompletnie nie przewidziałem. To nie paliwo szło z łazika do odrzutowca, tylko prąd z odrzutowca do łazika. Silnik sobie jęczał na wolnych obrotach i akumulatory zaczęły się ładować. Po kilku minutach odłączyłem łazik od Problema i wyjechałem spod lądownika.



No to można przybijać piątki, wszystko się udało. No nie do końca! Samolot był zamontowany do lądownika na kratownicy i dikaplerze i z nimi się odłączył. Sobie pomyślałem, pan inżynier zaraz odkręci. A guzik. Przenosząc samolot z Subassembly do VAB jako root wyznaczyłem dikapler. A więc gdy próbowałem go zdemontować to okazało się, że to nie kratownicę mogę odkręcić od samolotu, tylko samolot od kratownicy. Gdy odkładałem samolot na grunt obok kratownicy wziął i wybuchł. Dobrze, że zapisałem stan gry wcześniej. Druga próba, też kaszana, udało się przy trzeciej.



Czy tak do końca się udało? No nie, silnik się przekrzywił, na szczęście tutaj już udało się go bez kłopotu odłączyć i przykręcić z powrotem jak należy. Pilot wsiadł do kokpitu i postanowiłem przeprowadzić test jakże to moje maleństwo fruwa.



I tutaj mam nadzieję, że fatum ciążące nad Problemem się już zakończyło, bo odrzutowiec działa wprost wyśmienicie. Pułap maksymalny jest wyższy niż na Kerbinie, chociaż praktyczny ustaliłem na 11 km 300 metrów - powyżej alternator już robi za mało prądu.



Po zatoczeniu sporego koła wylądowałem i ponownie zatankowałem samolot z niewielkich zbiorników łazika. A do łazika przelałem z Problema, został jeszcze spory zapas.

To tyle! Co tam się będzie działo dalej napiszę później. Może ktoś zauważył, że ani słowa nie było o rakiecie numer cztery. Jakoś zapomniałem zrobić zdjęcia z orbity Kerbinu, a tak się złożyło, że czwórka ma jeszcze 2 miesiące do dotarcia na Laythe.

[Post scalony: [time]Sob, 15 Sie 2020, 00:16:58[/time]]
Aby zobaczyć link - ZAREJESTRUJ SIĘ lub ZALOGUJ SIĘ
Pewnie wszyscy zapomnieli o Kadafie. Niektórzy pewnie nawet odetchnęli z ulgą. No to peszek, bo ściągnąłem najnowszą wersję, poczekałem na kilka modów i zasiadłem w VABie. Efektem tego siedzenia są cztery statki kosmiczne, które postanowiłem wysłać na Laythe. Bo podobno ma nową powierzchnię, w końcu ładną i zróżnicowaną. Trzeba sprawdzić!

Nie będę się tutaj bawił w tryb opowiadania, bo forum generalnie jest martwe, a takie pisanie opowiadań to sporo pracy. Ale fotki (dużo fotek) mogę wrzucić, a co mi tam. Narobiłem się, to pokażę.

A więc zaczynamy - KADAF INDUSTRIES back online!


Statek numer jeden. Rdzeń całej wyprawy, centrum wydobywcze i cała baza.



Duża część manewru transferowego Kerbin-Jool wykonana jeszcze na paliwie z rakiety nośnej. Potem przeszedłem na napęd atomowy, który stanowi 6 silników.



Wszystko wyszło tak wydajnie, że zewnętrzne zbiorniki odrzucałem dopiero podczas manewru hamowania na orbicie Laythe.



Baza leci w owiewce, bo te owiewki całkiem nieźle chronią ładunek podczas aerobrakingu i lot jest aerodynamicznie stabilny, a poza tym, to co pod owiewką to wielka tajemnica. W tej chwili baza znajduje się na orbicie parkingowej. Z lądowaniem trzeba poczekać, na statek numer 2, bo w nim dopiero leci orbitalny skaner. A jeszcze trzeba znaleźć płaskie miejsce. Szukaniem równego terenu zajmie się zawartość rakiety numer 3. Poniżej zdjęcie dwójki jeszcze na orbicie Kerbinu.



Podobnie jak baza, zapasy paliwa wystarczyły całkiem nieźle. Obawiałem się problemów z łącznością, bo ten sprzęt leci bezzałogowo. Na szczęście cała armada leciała w grupie, więc kontakt z centrum ani razu się nie zerwał. No i hamowanie u celu o jakieś 3000 m/s



To był długi manerw, przeszło 10 minut.



Orbita wyszła bardzo wydłużona, dokładnie zgodnie z planem, bo skaner musi wejść na orbitę polarną, a takie manewry najlepiej robić w możliwie dalekim punkcie apoapsy. Ładunek uwolniony!



Wnikliwy obserwator zauważy, że ta rakieta to nie tylko skaner, ale również pokaźna ilość żelastwa, która będzie lądować. Dlatego też nie całą rakietą wchodziłem na orbitę polarną, a samym skanerem. Paliwa wystarczyło i jest nawet niezły zapasik. Kompletnie nie wiadomo po co, bo jednak na dotarcie do Vaal raczej nie wystarczy.



Po zeskanowaniu powierzchni pojawiło się kilka opcji lądowania, a wszystkie słabe. Na równiku tylko jedna mała i nieciekawa wysepka jest zdatna do wydobycia. A nie po to leci cała armada, żebym lądował w nudnym miejscu. Po naprawdę długim dumaniu doszedłem do wniosku, że posadzę bazę na jednym z większych lądów na półkuli południowej. Ale żeby wiedzieć gdzie dokładnie, to trzeba najpierw wylądować łazikiem i tu na scenę wkracza rakieta numer 3. Dla żadnego ze statków nie wymyślałem nazw, ale statek numer 3 zdecydowanie zasłużył sobie na nazwę Problem.
A oto i on, na orbicie Kerbinu nic jeszcze nie zwiastowało jakie będę miał kłopoty z tą maszyną.



Część manewru na nośnej, sama końcówka na czterech silnikach atomowych. Kończąc transfer jeszcze nie zauważyłem jaki dramat tam się odbywa w instalacjach. Może zwrócić uwagę fakt, że statek ten ma silniki również na czubku, więc będzie hamować tyłem do przodu. Zbudowałem go tak, z przyczyn technicznych, tylko właśnie sobie zdałem sprawę, że zapomniałem z jakich. Żebyście już tak nie drżeli z niecierpliwości to napiszę, że to co wygląda na moduł transferowy jest też sześcioosobowym statkiem powrotnym Laythe-Kerbin. Pod owiewką normalne wyposażenie, czyli łazik i odrzutowiec zwiadowczy. W centralnej części satelity komunikacyjne. Lecimy, kilka drobnych korekt, wchodzę na orbitę Laythe. I nagle zdaję sobie sprawę, że silniki atomowe za cholerę nie chcą brać paliwa ze zbiornika centralnego i zamiast mieć 3000 DV mają 300. Masakra!



Okazało się, że podczas składania statku silniki zaczepiły mi się nie do głównego zbiornika, a do dwuteownika, który za cholerę nie przekazuje paliw. Jakoś mi to umknęło przy montażu. Zmienianie w opcjach, że wszystko ma przekazywać paliwo nic nie dało, ale przynajmniej zaczęła być możliwa opcja, że ze zbiorników zewnętrznych paliwo będzie przechodziło do silników. Tyle, że nie chciało się to robić samoczynnie, musiałem przelewać ręcznie po 400 galonów jeden po drugim. Na dodatek prędkość była taka, że do wyhamowania miałem 3000 m/s z manewrem trwającym 15 minut. Na wskutek jakiegoś buga tylko niektóre zbiorniki umożliwiały przelanie powtórne, bo przecież został jeszcze wielki zbiornik centralny 3200 galonów z którego już w ogóle nie chciało normalnie paliwo iść. przelewałem je przez jeden mały zbiornik czterysetkę (który jakimś cudem działał prawidłowo) i potem z niego do pozostałych po trochu. Czasami rakieta szła więc na trzech, a czasami nawet na dwóch silnikach. A tymczasem jak najpierw Laythe była daleko, to po chwili już mijałem i zacząłem się oddalać. W końcu nie byłem już w stanie zmusić wszystkich silników do pracy, więc obróciłem zestaw i zacząłem hamować dwoma silnikami chemicznymi, które miały służyć do deorbitacji. To był koszmarny kwadrans i nie powiem, żeby udał się za pierwszym razem, wczytywałem chyba grę ze 3 razy. Nawet tak zacząłem kombinować, że przebuduję statek, wszak na pokładzie leciał inżynier, a wśród garstki modów, które mam, za absolutny Must Have uważam KAS+KIS. Niestety okazało się, że żeby przenieść ciężki silnik atomowy potrzeba 3 kerbali, a ja miałem tylko dwóch. Musiałem działać po staremu hamując tym cholerstwem. W końcu się udało. Poszło 3/4 paliwa do silników chemicznych, w module transferowym zostało nieco wodoru (czy tam czegoś) który uparcie nie chciał się przelewać, ale orbitę złożyłem do kupy. Przyszedł czas na rozstawienie komunikacji.
 


Cztery satelity średniego zasięgu rozmieściłem wokół Laythe na 500 km, potem przyszedł czas na te dalekiego zasięgu, które zostaną umieszczone na orbicie Joola między Laythe a Vaalem. Fotka, gdy byłem w cieniu Joola, dziwnie czerwona. Skąd to światło niby?



Orbita Problema (chyba tak należy odmieniać nazwę własną statku, jak sądzicie?) była skrajnie wydłużona, ale teraz już to nie miało znaczenia, jakoś ją skorygowałem hamując jednym z silników atomowych, który od biedy brał paliwo. Nie było by kłopotu, gdyby to był tylko moduł transferowy, ale niestety jest to też rakieta powrotna, która aktualnie nie nadaje się do użycia. Ale z tym sobie poradzę później - już wiem jak :) Tymczasem mogłem przystąpić do lądowania. Rozłączanie.



No to po Problemie - tak sobie pomyślałem wówczas. No... nie. Ta rakieta to Problem pełną gębą. Gdy już się szykowałem do obrotu przed zejściem na powierzchnie wyszło, że nie ma prądu. Ha, te silniki, które służą do hamowania nie mają generatorów, a jedyne RTG zostało w statku powrotnym. Na szczęście udało się obrócić dzięki wektorowanemu ciągowi. Schodzę z orbity.



Chwilę później odrzuciłem owiewkę i wystrzeliłem spadochrony.



Chwilę później odrzuciłem ablator i rozłożyłem nóżki, hamowanie końcowe tuż przed lądowaniem.



No i uff, Problem dał radę. Czy to już koniec kłopotów? Bynajmniej.



Okazało się, że nie mogę odłączyć łazika, bo nigdzie nie pojedzie - brak prądu. Panele skutecznie zasłaniały rozmaite żelastwa. Co tu robić? Na szczęście na pokładzie znajdował się alternator, gdzie? Ano w samolocie.



Czy samolot zadziała? Testowałem go do bólu na Kerbinie, ale nie na Laythe. Jest to dwusilnikowy VTOL z jednym silnikiem pionowym i drugim poziomym. Na szczęście odłączenie przebiegło pomyślnie, Jumo posłusznie wytworzył ciąg i po chwili wylądowałem obok Problema. Inżynier podpiął wąż, który służy do tankowania samolotu i rozpoczęła się operacja, której kompletnie nie przewidziałem. To nie paliwo szło z łazika do odrzutowca, tylko prąd z odrzutowca do łazika. Silnik sobie jęczał na wolnych obrotach i akumulatory zaczęły się ładować. Po kilku minutach odłączyłem łazik od Problema i wyjechałem spod lądownika.



No to można przybijać piątki, wszystko się udało. No nie do końca! Samolot był zamontowany do lądownika na kratownicy i dikaplerze i z nimi się odłączył. Sobie pomyślałem, pan inżynier zaraz odkręci. A guzik. Przenosząc samolot z Subassembly do VAB jako root wyznaczyłem dikapler. A więc gdy próbowałem go zdemontować to okazało się, że to nie kratownicę mogę odkręcić od samolotu, tylko samolot od kratownicy. Gdy odkładałem samolot na grunt obok kratownicy wziął i wybuchł. Dobrze, że zapisałem stan gry wcześniej. Druga próba, też kaszana, udało się przy trzeciej.



Czy tak do końca się udało? No nie, silnik się przekrzywił, na szczęście tutaj już udało się go bez kłopotu odłączyć i przykręcić z powrotem jak należy. Pilot wsiadł do kokpitu i postanowiłem przeprowadzić test jakże to moje maleństwo fruwa.



I tutaj mam nadzieję, że fatum ciążące nad Problemem się już zakończyło, bo odrzutowiec działa wprost wyśmienicie. Pułap maksymalny jest wyższy niż na Kerbinie, chociaż praktyczny ustaliłem na 11 km 300 metrów - powyżej alternator już robi za mało prądu.



Po zatoczeniu sporego koła wylądowałem i ponownie zatankowałem samolot z niewielkich zbiorników łazika. A do łazika przelałem z Problema, został jeszcze spory zapas.

To tyle! Co tam się będzie działo dalej napiszę później. Może ktoś zauważył, że ani słowa nie było o rakiecie numer cztery. Jakoś zapomniałem zrobić zdjęcia z orbity Kerbinu, a tak się złożyło, że czwórka ma jeszcze 2 miesiące do dotarcia na Laythe.




[Post scalony: [time]Sob, 15 Sie 2020, 00:12:34[/time]]
Aby zobaczyć link - ZAREJESTRUJ SIĘ lub ZALOGUJ SIĘ
Pewnie wszyscy zapomnieli o Kadafie. Niektórzy pewnie nawet odetchnęli z ulgą. No to peszek, bo ściągnąłem najnowszą wersję, poczekałem na kilka modów i zasiadłem w VABie. Efektem tego siedzenia są cztery statki kosmiczne, które postanowiłem wysłać na Laythe. Bo podobno ma nową powierzchnię, w końcu ładną i zróżnicowaną. Trzeba sprawdzić!

Nie będę się tutaj bawił w tryb opowiadania, bo forum generalnie jest martwe, a takie pisanie opowiadań to sporo pracy. Ale fotki (dużo fotek) mogę wrzucić, a co mi tam. Narobiłem się, to pokażę.

A więc zaczynamy - KADAF INDUSTRIES back online!


Statek numer jeden. Rdzeń całej wyprawy, centrum wydobywcze i cała baza.



Duża część manewru transferowego Kerbin-Jool wykonana jeszcze na paliwie z rakiety nośnej. Potem przeszedłem na napęd atomowy, który stanowi 6 silników.



Wszystko wyszło tak wydajnie, że zewnętrzne zbiorniki odrzucałem dopiero podczas manewru hamowania na orbicie Laythe.



Baza leci w owiewce, bo te owiewki całkiem nieźle chronią ładunek podczas aerobrakingu i lot jest aerodynamicznie stabilny, a poza tym, to co pod owiewką to wielka tajemnica. W tej chwili baza znajduje się na orbicie parkingowej. Z lądowaniem trzeba poczekać, na statek numer 2, bo w nim dopiero leci orbitalny skaner. A jeszcze trzeba znaleźć płaskie miejsce. Szukaniem równego terenu zajmie się zawartość rakiety numer 3. Poniżej zdjęcie dwójki jeszcze na orbicie Kerbinu.



Podobnie jak baza, zapasy paliwa wystarczyły całkiem nieźle. Obawiałem się problemów z łącznością, bo ten sprzęt leci bezzałogowo. Na szczęście cała armada leciała w grupie, więc kontakt z centrum ani razu się nie zerwał. No i hamowanie u celu o jakieś 3000 m/s



To był długi manerw, przeszło 10 minut.



Orbita wyszła bardzo wydłużona, dokładnie zgodnie z planem, bo skaner musi wejść na orbitę polarną, a takie manewry najlepiej robić w możliwie dalekim punkcie apoapsy. Ładunek uwolniony!



Wnikliwy obserwator zauważy, że ta rakieta to nie tylko skaner, ale również pokaźna ilość żelastwa, która będzie lądować. Dlatego też nie całą rakietą wchodziłem na orbitę polarną, a samym skanerem. Paliwa wystarczyło i jest nawet niezły zapasik. Kompletnie nie wiadomo po co, bo jednak na dotarcie do Vall raczej nie wystarczy.



Po zeskanowaniu powierzchni pojawiło się kilka opcji lądowania, a wszystkie słabe. Na równiku tylko jedna mała i nieciekawa wysepka jest zdatna do wydobycia. A nie po to leci cała armada, żebym lądował w nudnym miejscu. Po naprawdę długim dumaniu doszedłem do wniosku, że posadzę bazę na jednym z większych lądów na półkuli południowej. Ale żeby wiedzieć gdzie dokładnie, to trzeba najpierw wylądować łazikiem i tu na scenę wkracza rakieta numer 3. Dla żadnego ze statków nie wymyślałem nazw, ale statek numer 3 zdecydowanie zasłużył sobie na nazwę Problem.
A oto i on, na orbicie Kerbinu nic jeszcze nie zwiastowało jakie będę miał kłopoty z tą maszyną.



Część manewru na nośnej, sama końcówka na czterech silnikach atomowych. Kończąc transfer jeszcze nie zauważyłem jaki dramat tam się odbywa w instalacjach. Może zwrócić uwagę fakt, że statek ten ma silniki również na czubku, więc będzie hamować tyłem do przodu. Zbudowałem go tak, z przyczyn technicznych, tylko właśnie sobie zdałem sprawę, że zapomniałem z jakich. Żebyście już tak nie drżeli z niecierpliwości to napiszę, że to co wygląda na moduł transferowy jest też sześcioosobowym statkiem powrotnym Laythe-Kerbin. Pod owiewką normalne wyposażenie, czyli łazik i odrzutowiec zwiadowczy. W centralnej części satelity komunikacyjne. Lecimy, kilka drobnych korekt, wchodzę na orbitę Laythe. I nagle zdaję sobie sprawę, że silniki atomowe za cholerę nie chcą brać paliwa ze zbiornika centralnego i zamiast mieć 3000 DV mają 300. Masakra!



Okazało się, że podczas składania statku silniki zaczepiły mi się nie do głównego zbiornika, a do dwuteownika, który za cholerę nie przekazuje paliw. Jakoś mi to umknęło przy montażu. Zmienianie w opcjach, że wszystko ma przekazywać paliwo nic nie dało, ale przynajmniej zaczęła być możliwa opcja, że ze zbiorników zewnętrznych paliwo będzie przechodziło do silników. Tyle, że nie chciało się to robić samoczynnie, musiałem przelewać ręcznie po 400 galonów jeden po drugim. Na dodatek prędkość była taka, że do wyhamowania miałem 3000 m/s z manewrem trwającym 15 minut. Na wskutek jakiegoś buga tylko niektóre zbiorniki umożliwiały przelanie powtórne, bo przecież został jeszcze wielki zbiornik centralny 3200 galonów z którego już w ogóle nie chciało normalnie paliwo iść. przelewałem je przez jeden mały zbiornik czterysetkę (który jakimś cudem działał prawidłowo) i potem z niego do pozostałych po trochu. Czasami rakieta szła więc na trzech, a czasami nawet na dwóch silnikach. A tymczasem jak najpierw Laythe była daleko, to po chwili już mijałem i zacząłem się oddalać. W końcu nie byłem już w stanie zmusić wszystkich silników do pracy, więc obróciłem zestaw i zacząłem hamować dwoma silnikami chemicznymi, które miały służyć do deorbitacji. To był koszmarny kwadrans i nie powiem, żeby udał się za pierwszym razem, wczytywałem chyba grę ze 3 razy. Nawet tak zacząłem kombinować, że przebuduję statek, wszak na pokładzie leciał inżynier, a wśród garstki modów, które mam, za absolutny Must Have uważam KAS+KIS. Niestety okazało się, że żeby przenieść ciężki silnik atomowy potrzeba 3 kerbali, a ja miałem tylko dwóch. Musiałem działać po staremu hamując tym cholerstwem. W końcu się udało. Poszło 3/4 paliwa do silników chemicznych, w module transferowym nieco wodoru który uparcie nie chciał się przelewać, ale orbitę złożyłem do kupy. Przyszedł czas na rozstawienie komunikacji.
 


Cztery satelity średniego zasięgu rozmieściłem wokół Laythe na 500 km, potem przyszedł czas na te dalekiego zasięgu, które zostaną umieszczone na orbicie Joola między Laythe a Vallem. Fotka, gdy byłem w cieniu Joola, dziwnie czerwona. Skąd to światło niby?



Orbita Problema (chyba tak należy odmieniać nazwę własną statku, jak sądzicie?) była skrajnie wydłużona, ale teraz już to nie miało znaczenia, jakoś ją skorygowałem hamując jednym z silników atomowych, który od biedy brał paliwo. Nie było by kłopotu, gdyby to był tylko moduł transferowy, ale niestety jest to też rakieta powrotna, która aktualnie nie nadaje się do użycia. Ale z tym sobie poradzę później - już wiem jak :) Tymczasem mogłem przystąpić do lądowania. Rozłączanie.



No to po Problemie - tak sobie pomyślałem wówczas. No... nie. Ta rakieta to Problem pełną gębą. Gdy już się szykowałem do obrotu przed zejściem na powierzchnie wyszło, że nie ma prądu. Ha, te silniki, które służą do hamowania nie mają generatorów, a jedyne RTG zostało w statku powrotnym. Na szczęście udało się obrócić dzięki wektorowanemu ciągowi. Schodzę z orbity.



Chwilę później odrzuciłem owiewkę i wystrzeliłem spadochrony.



Chwilę później odrzuciłem ablator i rozłożyłem nóżki, hamowanie końcowe tuż przed lądowaniem.



No i uff, Problem dał radę. Czy to już koniec kłopotów? Bynajmniej.



Okazało się, że nie mogę odłączyć łazika, bo nigdzie nie pojedzie - brak prądu. Panele skutecznie zasłaniały rozmaite żelastwa. Co tu robić? Na szczęście na pokładzie znajdował się alternator, gdzie? Ano w samolocie.



Czy samolot zadziała? Testowałem go do bólu na Kerbinie, ale nie na Laythe. Jest to dwusilnikowy VTOL z jednym silnikiem pionowym i drugim poziomym. Na szczęście odłączenie przebiegło pomyślnie, Jumo posłusznie wytworzył ciąg i po chwili wylądowałem obok Problema. Inżynier podpiął wąż, który służy do tankowania samolotu i rozpoczęła się operacja, której kompletnie nie przewidziałem. To nie paliwo szło z łazika do odrzutowca, tylko prąd z odrzutowca do łazika. Silnik sobie jęczał na wolnych obrotach i akumulatory zaczęły się ładować. Po kilku minutach odłączyłem łazik od Problema i wyjechałem spod lądownika.



No to można przybijać piątki, wszystko się udało. No nie do końca! Samolot był zamontowany do lądownika na kratownicy i dikaplerze i z nimi się odłączył. Sobie pomyślałem, pan inżynier zaraz odkręci. A guzik. Przenosząc samolot z Subassembly do VAB jako root wyznaczyłem dikapler. A więc gdy próbowałem go zdemontować to okazało się, że to nie kratownicę mogę odkręcić od samolotu, tylko samolot od kratownicy. Gdy odkładałem samolot na grunt obok kratownicy wziął i wybuchł. Dobrze, że zapisałem stan gry wcześniej. Druga próba, też kaszana, udało się przy trzeciej.



Czy tak do końca się udało? No nie, silnik się przekrzywił, na szczęście tutaj już udało się go bez kłopotu odłączyć i przykręcić z powrotem jak należy. Pilot wsiadł do kokpitu i postanowiłem przeprowadzić test jakże to moje maleństwo fruwa.



I tutaj mam nadzieję, że fatum ciążące nad Problemem się już zakończyło, bo odrzutowiec działa wprost wyśmienicie. Pułap maksymalny jest wyższy niż na Kerbinie, chociaż praktyczny ustaliłem na 11 km 300 metrów - powyżej alternator już robi za mało prądu.



Po zatoczeniu sporego koła wylądowałem i ponownie zatankowałem samolot z niewielkich zbiorników łazika. A do łazika przelałem z Problema, został jeszcze spory zapas.

To tyle! Co tam się będzie działo dalej napiszę później. Może ktoś zauważył, że ani słowa nie było o rakiecie numer cztery. Jakoś zapomniałem zrobić zdjęcia z orbity Kerbinu, a tak się złożyło, że czwórka ma jeszcze 2 miesiące do dotarcia na Laythe.

[Post scalony: Sob, 15 Sie 2020, 00:30:37]
No i uj, Grabek zauważył, że zrobiłem błąd z nazwą jednego z księżyców Joola, to sobie pomyślałem, a poprawię. No to se kurna poprawiłem. Guzik "modyfikuj" u mnie nie istnieje, myślałem, że to może ten kwadracik obok "cytuj", tyle że opisu nie ma, no i se poprawiłem. Trzy razy jest teraz to samo i za... a co tam, napiszę, za chuja nic nie mogę z tym zrobić.
« Ostatnia zmiana: Sob, 15 Sie 2020, 00:30:37 wysłana przez Kadaf »

Pon, 17 Sie 2020, 13:57:12
Odpowiedź #1

Offline Sobol

  • Plutonowy
  • ***
  • Wiadomości: 381
  • Reputacja: 51
    • Zobacz profil
Ho, ho, ho to się porobiło, Kadaf na orbicie i to na nie byle jakiej ;) Jak zwykle klasa.

Reklama

Odp: Cel - Laythe. Sporo żelastwa leci w kosmos.
« Odpowiedź #1 dnia: Pon, 17 Sie 2020, 13:57:12 »

Wto, 18 Sie 2020, 10:26:10
Odpowiedź #2

Offline Kadaf

  • Kapitan
  • ***
  • Wiadomości: 1 353
  • Reputacja: 145
    • Zobacz profil
Dzięki Sobol, no już myślałem, że żadnego komentarza się nie doczekam. Tymczasem lecimy dalej.

Przejechałem się trochę łazikiem w poszukiwaniu fajnego miejsca i stwierdziłem po przebyciu 40 km, że to jest bez sensu. To nie łazik powinien mieć wykrywacz złóż, a samolot, więc inżynier zakasał rękawy i wziął się do przemontowania klamota pod kadłub odrzutowca.



No i wszystko pięknie, załoganci zadowoleni.



Pilot do samolotu i lecimy. Ale klątwa Problema nie śpi, co się okazuje? Ano nie da się wsiąść. Fotel nieczynny. Co by nie robić, cały czas ten sam komunikat.



Stwierdziłem, no dupa, demontuję wykrywacz. Wsiadam. A guzik, dalej fotel zablokowany. Przeniosłem fotel testowo na skrzydło, gdzie absolutnie nic nie zawadza - zablokowany. Wróciłem do KSC i nazad - zablokowany. Zrestartowałem grę - zablokowany. W ten sposób pozbyłem się odrzutowca. Już mnie diabli wzięli i doszedłem do wniosku, że teraz to już jedyna możliwa opcja, to hyperedit. W SPH dołączyłem wykrywacz, lot testowy. Wyobraźcie sobie, że dodanie tego klamota zmniejsza prędkość maksymalną na Kerbinie na wysokości 700 metrów ze 172 m/s o 9. Czyli do 163. Pomyślałem sobie, że skoro i tak psuję osiągi, to dodam też światełka pozycyjne - kolejny 1 m/s straty. No i co tu dużo pisać, grabek wytłumaczył mi jak się tego hypera używa i zamieniłem samoloty. W końcu wszystko w porządku, fotel działa. Generalnie nie znoszę takich działań jak używanie hypera i wolę polecieć kawał drogi, ale w tej sytuacji uznałem, że czekanie 10 lat na jednoosobowy kabriolet to już spora przesada.



Pilot zasiadł za sterami i poleciał na zwiad. Okazuje się, że orbitalny skaner pokazuje bzdury. Nie znalazłem złóż na południe od miejsca lądowania, a niby powinny być, za to znalazłem w głębi lądu, gdzie skaner wykazywał pustkę. Sobie pomyślałem, że skoro tak, to oblecę całą wyspę i znajdę coś z ładnym widokiem. Wymagania- widoczny Jool i ocean oraz możliwie północna krawędź. No i znalazłem. Zasoby 9.99%, wszystko świetnie. Przesiadłem się do łazika i w drogę. Do przejechania 85 km w linii prostej. Przy okazji odkryłem, że w łaziku zamontowałem jedno małe ogniwo elektryczne, o czym kompletnie zapomniałem podczas lądowania. No to w drogę. Niestety ten sześciokołowiec nie jest pojazdem dla alpinistów i strome podjazdy nie wchodzą w grę. Trzeba zakosami, więc te 85 km urosły na pewno do co najmniej setki. Dobrze, że miałem to ogniwo, bo trzeba przyznać, że panele na Laythe działają słabo.



Podróż zajęła mi prawie dobę. W końcu dotarłem na miejsce i zacząłem krążyć w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca. Bo Laythe obfituje w równe tereny, problem w tym, że nie są one poziome. A dla bazy jest to niezwykle istotne. Kolejne kilka kilometrów i proszę, jest, poletko prawie równego terenu i powierzchni kilometra.



Wracamy na orbitę. W statku bazie paliwa sporo, a w statku powrotnym pustki. Zwęszyłem tu poważne marnotrawstwo. Obie maszyny mają doki, ale umieszczone pomiędzy silnikami, więc całusa sobie nie dadzą. Ale z powodzeniem to może zrobić kto? Ano zmierzający dopiero do Joola statek numer 4. A oto i on:



Jest to zasadniczo rakieta przygotowana do lotów powierzchnia-orbita. Dodatkowo cztery zasobniki z zaopatrzeniem na później. W stopniu transferowym 4 silniki atomowe. Paliwa dużo nie było, 1/3 manerwu hamowania musiałem wykonać już silnikiem głównym rakiety. Potężny acz paliwożerny Vector zeżarł 3/4 paliwa na wyrobienie orbity. Odrzuciłem dwa z czterech silników atomowych.



Na kompletnych resztkach wodoru z pomocą dwóch silników atomowych doczłapałem się do statku-bazy.



No i cmok.



Przelałem paliwo, jakkolwiek zużycie podczas hamowania było tak duże, że nie napełniłem nawet zbiorników rakiety głównej, więc właściwie zbiorniki z silnikami atomowymi mogłem wywalić już wcześniej, bo nie było czego do nich wlać. W bazie zostawiłem 1500 galonów na zejście z orbity, wolałem nie osuszać zbiorników bardziej. Dobrze zresztą zrobiłem. Do zbiorników rakiety poszło ze 2000. Zawsze coś. Pora lądować! Zestaw rozłączony, manewr ustawiony, baza w końcu ląduje.



Zostało mi ze 300 galonów w module transferowym, a więc prawie nic jak go odrzucałem. Hamowanie aerodynamiczne w toku. Do stabilizacji doskonale się nadaje ten rozkładany ablator, tylko trzeba wiedzieć jak go używać. Bo jego nie daje się od dołu, tylko od góry. On wygląda i robi to co parasol, czyli hamuje.



Owiewki i ablatory odrzucone! Spadochrony wystrzeliły



Zaraz siadam - widać światła łazika nieopodal.



No i pyk, wylądowałem, łazik podjechał. Dokładność lądowania jakieś 700 metrów.



Żeby mi to wszystko nie latało pod owiewką wzmocniłem konstrukcję ramą, która teraz może zostać odrzucona. Proszę bardzo.



Zaczyna się zabawa z montażem. Sporo latania inżyniera po podestach i drabinkach. Baza jest wyposażona w potężny dźwig, będący przy okazji masztem antenowym.



Laboratorium zjeżdża do swojego doku. Po podłączeniu trzeba dotrzeć na sam czubek i podpiąć linę do modułu załogowego. Trochę bugów z drabinkami, mimo, że na Kerbinie działały świetnie. Inżynier sięgnął dłuuugą składaną macką (niewidzialną by nie odstraszyć dzieci) i podpiął sznurek.



To tak ma być! Wszystko idzie zgodnie z planem!



Przełożyłem mocowanie liny na uchwyt górny i podłączyłem. Maszt zjechał na dół. Po chwili załoga strzeliła sobie pamiątkową fotkę.



Lampki powłączane, wszystko działa jak należy.



A ja? Pilot się nie załapał na sweet focie i doleciał poniewczasie.



No i tyle, baza wylądowała, została złożona, przetestowałem mechanizmy ponownie odkrywając buga. Otóż przed złożeniem osiem generatorów RTG bez problemu zasilały wiertła oraz ISRU. Z niewyjaśnionych przyczyn, gdy to wszystko poskładałem przestały wystarczać i prąd ledwo wystarcza na jednego drilla, nie wspominając nawet o ISRU. Cóż, potędze możliwości, którą daje KSP dorównuje tylko ilość jej bugów.

Fotka cyknięta wieczorową porą. Mod Eve robi robotę, chociaż myślałem, że Jool będzie lepiej widoczny. Nad nim widać krążek księżyca Vall.



Komentarze mile widziane!





Śro, 09 Wrz 2020, 13:27:47
Odpowiedź #3

Offline Kadaf

  • Kapitan
  • ***
  • Wiadomości: 1 353
  • Reputacja: 145
    • Zobacz profil
No dobra, zainteresowanie zero, ale zacząłem, to skończę.
Ta część będzie może trochę nudna, bo jej głównym bohaterem będzie mój malutki odrzutowiec. Co można o nim powiedzieć? Waga całkowita wynosi 1390 kilogramów, wysokość 1.9 metra, rozpiętość skrzydeł 4.1, a długość 3.1 metra. Więc maleństwo. Silnik pionowego startu Juno, silnik poziomy Wheesley. Wyposażenie całkiem niezłe, bo składa się na nie sporo instrumentów:
      - termometr
      - akcelerometr
      - gravmax
      - barometr
      - pojemnik na goo
Dodatkowo komputer pionowego startu, wlew paliwa, ten nieszczęsny detektor złóż, oraz malutki panel słoneczny, który na Laythe kompletnie nie działa.
A paliwa ten samolocik zabiera 78 galonów z haczykiem. Pytanie: czy taki odrzutowiec jest w stanie oblecieć całe Laythe? Poniżej znajdziecie odpowiedź.

Ale najpierw tankujemy z bazy.



Kraken mówi dzień dobry. Otóż po podłączeniu węża paliwowego samolot wyskakuje na 100 metrów w górę i się rozbija. Próbowałem tak i owak, zawsze z identycznym skutkiem. Nie da się. Gra w jakiś idiotyczny sposób uznaje, że wszystkie połączone ze sobą elementy z tą samą siłą naciskają na podłoże. więc lekki obiekt podłączony do ciężkiego wyskakuje jak na sprężynie. Tankowanie nie wchodzi w grę. ALE przecież podczas lotu opisanego w poprzedniej części nie spaliłem nawet połowy paliwa, a w łaziku zostało jeszcze ze 30 galonów. Więc zatankowałem do pełna z łazika. Startujemy.



Kierunek wschód. Zobaczmy jak daleko zalecę.



Wejście na pułap operacyjny, czyli 10300 metrów zużywa niecałe 10 galonów, czyli zostaje jakieś 69. Frunę sobie miło, silnik spokojnie jęczy, Jool w pełnej krasie.



Mijam pierwszą dużą wyspę, paliwa sporo, kieruję się nieco na południowy wschód, po godzinie czy coś koło tego zbiornik zaczyna świecić pustkami. Ląduję na nieco górzystej wysepce. Zostało 5 galonów. Czyżby ten tak wymuskany kabriolet nie był w stanie oblecieć planety? Bynajmniej! Hop na orbitę i odłączam pierwszy z zasobników rakiety, która w przyszłości będzie robić loty wahadłowe baza-orbita.



Cel - lądować jak najbliżej samolotu. Wchodzę w atmosferę.



Po chwili odrzucam silnik zejścia z orbity, potem jak już się to wszystko przestanie smażyć owiewkę i ablator.



I cóż to nam tu ląduje? Ano mikrostacja wydobywcza plus ISRU.



Precyzja lądowania - 3 kilometry. Na resztkach paliwa dojechałem samolotem pod stację. Pan pilot wyraźnie zdenerwowany. Ile trzeba czekać na paliwo?! Tydzień proszę pana - zakomunikowała stacja.



W końcu malutkie wiertełko i ISRU zrealizowały zadanie, tankujemy.



Nastał dzień, start. Lecimy dalej na wschód.



Po pewnym czasie Saint Jebediah Kerman znowu ląduje. A nie, przepraszam, to nie aureola, to Jool.



Powtórka całej operacji, zrzut mikrostacji numer 2.





Znowu całe wieki czekamy na paliwo, w końcu start i od razu wpadam w paskudną pogodę. Chmury ciągną się przez 5 kilometrów.



I teraz rozpoczęły się problemy. Otóż skaner orbitalny pokazuje bzdury. Moim kolejnym celem było kilka wysepek obfitujących według przyrządów w złoża nadające się do wytwarzania paliwa. Otóż nie. Wszędzie równe zero. Tak się składa, że co by nie pokazywał skaner, to w biomach o nazwie Shores nie znajdziecie ani wiaderka złóż.



Po pobieżnym sprawdzeniu gdzie w okolicy znajdują się jakieś wyspy z górami musiałem się skierować na południe. Trzeba było dotrzeć prawie do bieguna. A tymczasem zaczęło się robić nieco ciemno. W końcu na resztkach paliwa wylądowałem na podłużnej wyspie pełnej złóż. Przesiadłem się na orbitę i ląduję stacją numer 3. I tym razem lądowanie było faktycznie trudne. Silnik zejścia z orbity ma całkiem sporo paliwa, ale zmiana orbity z równikowej na prawie polarną to już nie w kij dmuchał. Prawie 2000 DV hamowania. Żebym się nie nudził jednym kłopotem, pojawił się kolejny - łączność. Jak na orbicie równikowej miałem ją prawie bez przerwy, tak na biegunie już był dramat. Musiałem lądować mając w zasięgu malutkiej anteny skaner orbitalny, który dopiero przekazywał łączność dalej. Żeby było szczególnie miło, musiałem więc lądować w nocy. paliwa na styk, radio w każdej chwili mogło paść i jeszcze w nocy. Cudnie po prostu. Wylądowałem 10 km od samolotu i na dodatek na zboczu z przechyłem grożącym przewrotką. Musiałem doskoczyć do samolotu produkując paliwo do malutkich zbiorników silników przyziemienia (36 galonów) i tak sobie przekicać po najwyżej kilometr. Więc tym razem pilot musiał czekać chyba z miesiąc. W końcu wszystko się udało, tankowanie zakończone, start. Startowałem w nocy, żeby do następnego punktu tankowania dotrzeć przed wieczorem. Tym razem czekał mnie długi lot.



Wracałem w okolice równika na wyspie, która jest idealna do lądowania. chociaż nudna. Tylko przez brak zróżnicowania terenu nie została wybrana jako punkt lądowania całej tej wielkiej wycieczki na Laythe. Wschód słońca nieco za połową drogi.



Lądowanie w przyjemnej płaskiej okolicy, po chwili lądował zasobnik numer 4. Tym razem wręcz podręcznikowo z pełnym komfortem. Wylądowałem 700 metrów od samolotu. Dotoczyłem odrzutowiec i zaraz tankowanie. (czyli po tygodniu przetwarzania złóż) Przy okazji prezentacja zawartości tylnego "bagażnika".



No i tyle, został mi ostatni skok do bazy, odcinek krótszy niż niektóre poprzednie. Poniżej mapa rozmieszczenia stacji:



Więc czy samolot posiadający 78 galonów jest w stanie oblecieć Laythe? Ano owszem. Bo wyprodukowano go w KADAF INDUSTRIES!

Jak nie będzie komentarzy, to się obrażę.





Reklama

Odp: Cel - Laythe. Sporo żelastwa leci w kosmos.
« Odpowiedź #3 dnia: Śro, 09 Wrz 2020, 13:27:47 »

Czw, 10 Wrz 2020, 06:41:08
Odpowiedź #4

Offline grabek77

  • Plutonowy
  • ***
  • Wiadomości: 350
  • Reputacja: 14
    • Zobacz profil
Coz moge powiedziec. Super!
Ile czasu realnego zajal Ci oblot Laythe?
Aha nie licz na duzo komentarzy z uwagi na to, ze pewnie tylko my dwaj + Sobol obserwujemy ten portal, gdyz nawet admin ma na niego wyjebane :D

--
Pozdrawiam
Grabek

Wto, 03 Lis 2020, 01:30:04
Odpowiedź #5

Offline Padalec

  • Szeregowy
  • *
  • Wiadomości: 20
  • Reputacja: 1
    • Zobacz profil
Aż się zalogowałem.

Podziwiam i zazdroszczę :)

Kombinuję, żeby zainstalować KSP znowu, ale teraz mam kompleksy i chyba odpuszczę :D

Reklama

Odp: Cel - Laythe. Sporo żelastwa leci w kosmos.
« Odpowiedź #5 dnia: Wto, 03 Lis 2020, 01:30:04 »

Wto, 03 Lis 2020, 10:33:25
Odpowiedź #6

Offline Sobol

  • Plutonowy
  • ***
  • Wiadomości: 381
  • Reputacja: 51
    • Zobacz profil
Padalec, wpędzanie ludzi w kompleksy to Kadafa specjalność od lat więc się nie przejmuj i do dzieła ;)

Pią, 20 Lis 2020, 12:43:47
Odpowiedź #7

Offline Kadaf

  • Kapitan
  • ***
  • Wiadomości: 1 353
  • Reputacja: 145
    • Zobacz profil
Dzięki za komentarze. Skoro się pojawiły, to lecimy dalej. Trochę czasu minęło, ale co tam, w końcu się wziąłem za część trzecią. Jak pamiętacie, dokowanie samolotem do bazy okazało się być niemożliwe. Na szczęście rozwiązanie tego problemu pojawiło się w mojej głowie raczej szybko. Na scenę wkracza wyposażenie statku bezzałogowego, który dostarczył skaner orbitalny.



Cóż to tam zawiera ta maszynka? Ano mobilną bazę badawczą. Zaplanowałem rozłożyć ją tuż obok któregoś z gejzerów. Najlepiej niezbyt daleko od głównej bazy. Ale też nie na tyle blisko, by podczas przełączania obiektów w bazie wchodziła mi ta mobilna. A więc co najmniej 2.3 kilometra. Znalazłem taki gejzer w odległości 3 kilometrów z hakiem - idealnie.



Lądowanie bez owiewki jest dużo bardziej gwałtowne. Po chwili odrzucam silnik deorbitacyjny i rozwijam spadochrony.



Lądowanie na całej masie silniczków. Nie są one specjalnie wydajne, ale za to lekkie i zajmujące mało miejsca.



Od dołu widać koła. Wszak to baza mobilna. Ale nie byłbym sobą, gdyby to miał być po prostu łazik. O nie, łazik już przecież jest, wylądował dużo wcześniej. Więc co to może być? Ma koła, ale nie jest łazikiem, więc najwyraźniej jest... przyczepą! Poniżej już po oddokowaniu. Obok znany już łazik, który przyjechał z bazy głównej.



Ta część, to otwarte laboratorium. Trochę się pobawiłem w to, co kiedyś bardzo lubiłem, w interiory. To jest taka trochę namiastka. Przyczepa podłączona do łazika, jedziemy.



Po przejechaniu nawet pewnie nie kilometra przyczepka rozkłada nóżki oraz rampy.



Takie rozwiązanie okazało się być prostsze, niż zrobienie zawiasu przechylającego płytę załadunkową. Tutaj płyta załadunkowa pełni również rolę ramy, a tak to bym musiał konstruować coś znaczniej bardziej skomplikowanego, cięższego i większego.



Z przyczepki moduł dość brutalnie ściągam na grunt za pomocą wciągarki łazika.



I proszę bardzo, klamot stoi. Cała masa instrumentów badawczych, do wyboru do koloru. Wracam z przyczepką pod rakietę.



Drugi moduł bazy mobilnej jest poniżej tego, który właśnie jest rozładowywany dźwigiem. Ten tutaj, to nic innego, jak cysterna.



Trochę biegania po drabinkach i przekładania liny dźwigu.



Ten moduł, to moduł załogowy. Na wypadek, gdyby panie doktorantki zamierzały nocować poza bazą główną.




Znowu jazda pod gejzer i rozładunek, tak samo jak poprzednio.





Z kilku zasobników rozłożyłem aparaturę badawczą. Doktorantki z radością zajmą się badaniem ogromnego gejzera i jego spektakularnych wytrysków.



Wracam łazikiem z przyczepą pod rakietkę.



Załadowałem cysternę i udałem się w podróż do bazy. Teraz kilka słów o samej przyczepce. Czy to był dobry pomysł? W teorii uważam, że owszem, ale praktyka to zupełnie coś innego. Otóż niestety rura łącząca przyczepę z łazikiem ma dwie opcje, albo oba zawiasy zablokowane, albo oba luźne. Pierwsza opcja zła, bo na sztywno, a druga jeszcze gorsza, bo przez to, że przegub między łazikiem i rurą, a potem między rurą a przyczepą chodzi na luzie, to przy zjazdach laweta próbuje wyprzedzić łazik. Trzeba jechać ekstremalnie ostrożnie, bo takie wyprzedzanie może skończyć się wywrotką. Gdybym chciał wywrotkę, to bym se zbudował! Rozwiązanie jest następujące; po przełączeniu się na przyczepkę trzeba zaciągnąć hamulce, ustawić siłę hamowania na tyle małą, żeby koła się obracały, ale na tyle dużą, żeby występował wyraźny opór. Wówczas można jechać. A wszystko przez tę rurę - pochodzącą z moda KAS+KIS. Nie wiem, może da się jakoś ustawić, żeby tylko jeden przegub był sztywny, ale nigdzie tego nie znalazłem. Na tę chwilę po przejechaniu z ciężką cysterną na lawecie trzech kilometrów miałem wyraźnie dosyć. W końcu jestem pod bazą.



Pewnie łatwo się domyślić, po co mi ta cysterna tutaj. Otóż rozwiąże ona problem tankowania samolotu. Tylko pan inżynier musi zabrać się do roboty.



I co my tu mamy? Czyżby całkowicie już zbędny dok? Klucze w dłoń, odkręcamy.



I po chwili cyk, dok zamontowany na ścianie laboratorium.



Trzeba uruchomić dźwig bazy i proszę bardzo, cysterna odłączona od lawety.



Podnosimy w górę. Widać przy okazji kolejną wadę przyczepy. Gdy jest pusta lubi się wywracać na pysk.



Cysterna podłączona. Teraz można całkowicie bezpiecznie przelać do niej paliwo ze zbiorników głównych bazy. Telefon do Jebediaha, pora odpalać odrzutowiec i wracać do bazy.





Po wylądowaniu odłączyłem cysternę od bazy i cóż, teraz prawdziwy test. Czy uda się zatankować samolot z obiektu o zbliżonej wadze? Czy znowu przyjdzie kraken i rozsadzi latadło?



Nie! Tankowanie idzie sprawnie. Problem rozwiązany! Całe szczęście, że montując rakietę wpadło mi do głowy, że cysterna może się przydać. Generalnie miała ona za zadanie dostarczać awaryjnie paliwo do którejś z rakiet, które nie trafiły dokładnie w cel i trzeba nimi do niego "dokicać". A przydała się i do ominięcia buga gry.

That's all folks! Został ostatni etap - obsługa tankowania rakiety powrotnej za pomocą wahadłowca Laythe-orbita. To nie będzie bułka z masłem, więc zabiorę się za to dopiero za jakiś czas.
Komentarze oczywiście mile widziane :)




« Ostatnia zmiana: Pią, 20 Lis 2020, 12:47:42 wysłana przez Kadaf »

Reklama

Odp: Cel - Laythe. Sporo żelastwa leci w kosmos.
« Odpowiedź #7 dnia: Pią, 20 Lis 2020, 12:43:47 »

Śro, 13 Sty 2021, 22:14:24
Odpowiedź #8

Offline Destruktor

  • Szeregowy
  • *
  • Wiadomości: 6
  • Reputacja: 0
    • Zobacz profil
Chciałbym kiedyś umieć tak dobrze w to grać (i jeszcze żeby forum odżyło) jestem pod ogromnym wrażeniem i mam nadzieje że to nie jedna z ostatnich takich rzeczy które tutaj przeczytam :D

Pią, 12 Lut 2021, 11:11:10
Odpowiedź #9

Offline Nezorek

  • Szeregowy
  • *
  • Wiadomości: 3
  • Reputacja: 0
    • Zobacz profil
Nie sądziłem, że istnieją planety na których Kerbale mogą swobodnie oddychać. Ale w sumie nic dziwnego, skoro mój układ słoneczny kończy się na Dunie xD
Mam nadzieję, że kiedyś dojdę do takiego poziomu, lub chociaż do jego połowy ;-;

Pozdrawiam i życzę dalszych sukcesów!  :D

Reklama

Odp: Cel - Laythe. Sporo żelastwa leci w kosmos.
« Odpowiedź #9 dnia: Pią, 12 Lut 2021, 11:11:10 »

Nie, 14 Lut 2021, 10:31:49
Odpowiedź #10

Offline Kadaf

  • Kapitan
  • ***
  • Wiadomości: 1 353
  • Reputacja: 145
    • Zobacz profil
Dzięki za miłe komentarze, cała ta misja czeka teraz na ostatnią część, która to część okazała się dużo trudniejsza niż sądziłem. Mianowicie czeka mnie przebudowa statku powrotnego, oraz tankowanie za pomocą rakiety powierzchnia-orbita. I to tankowanie stanowi problem największy. Dlaczego? Potrafię lądować w punkt przy obiektach nie posiadających atmosfery, jej obecność w sposób znaczący zmienia planowane miejsce lądowania w dość nieprzewidywalny sposób. Gdyby jeszcze baza stała dokładnie na równiku sprawa była by dość prosta, niestety tak nie jest i trzeba nieco odbić. Więc już dwa wektory zmienne celowania. Druga rzecz, to brak porządnej, dużej cysterny. Ta którą mam jest upierdliwa w użyciu, bo na przyczepce i z na tyle małą pojemnością, że rakieta zużyje paliwo w moment. A to duży kloc i kicanie takim po 50 metrów wygląda bardzo upierdliwie. Być może żeby sobie nieco ułatwić życie zainstaluję moda trajectories, ale ci którzy mnie znają wiedzą, że jestem poważnie uczulony na mody i niezwykle trudno mi się zmusić do zainstalowania jakiegokolwiek. Ta garstka modów którą mam, to absolutne must have które powinno być zawartością stocku. Mod trajectories do tego grona nie należy, bo w normalnych sytuacjach uważam go za całkowicie zbędnego. Ale tu przy tej akurat misji może okazać się konieczny.

Sob, 08 Maj 2021, 23:16:27
Odpowiedź #11

Offline Robson

  • Sierżant
  • ****
  • Wiadomości: 421
  • Reputacja: 22
    • Zobacz profil
    • Opowieści Kerbali
Tak sobie przez przypadek wszedłem na forum i zauważyłem, że nasza gra otrzymała taką jakby bardziej plastyczną grafikę.
Poza tym, jestem pod ogromnym ważeniem, że Kadaf nadal lata, co dało mi kopa i zacząłem budować coś dużego na orbicie.
Bardzo się cieszę, że ludziowie jeszcze w to grają i mam nadzieję, że w krótce odżyjemy forum.
Robson Kerman - Profesor Orbitologii Teoretycznej. Zabójca Piwo Grillsa Kermana zwanego Niedźwiedziem z Eve.
Jego oficjalnym guru jest Sobol - budowniczy wspaniałych części rakiet.

Reklama

Odp: Cel - Laythe. Sporo żelastwa leci w kosmos.
« Odpowiedź #11 dnia: Sob, 08 Maj 2021, 23:16:27 »

Nie, 09 Maj 2021, 17:55:30
Odpowiedź #12

Offline Sobol

  • Plutonowy
  • ***
  • Wiadomości: 381
  • Reputacja: 51
    • Zobacz profil
Łohohoho to się porobiło, nawet robson znowu gra :D

 

Laythe Experience [Niezamierzone opowiadanie]

Zaczęty przez KnightMoritz

Odpowiedzi: 15
Wyświetleń: 4775
Ostatnia wiadomość Pią, 23 Sie 2013, 22:30:02
wysłana przez Diakon
CEL - LAYTHE! Ciężka Wielozadaniowa Baza Naukowa.

Zaczęty przez Kadaf

Odpowiedzi: 30
Wyświetleń: 9328
Ostatnia wiadomość Czw, 02 Maj 2013, 11:24:45
wysłana przez rafal3920