• [DSO-E4] Operacja wydobywcza MunarOne 5 2
Aktualna ocena:  

Autor Wątek: [DSO-E4] Operacja wydobywcza MunarOne  (Przeczytany 4673 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Czw, 29 Maj 2014, 21:56:51
Odpowiedź #15

Offline Element4ry

  • Plutonowy
  • ***
  • Wiadomości: 276
  • Reputacja: 38
    • Zobacz profil

W bazie chwilowo nic się nie działo. Jenny oczekiwała przybycia zbiorników i zastanawiała się po co przysłali do bazy wielki zbiornik paliwa z jakimś okrągłym ustrojstwem przyczepionym pod spodem. W dokumentach nie było o nim żadnej wzmianki.
Z popołudniowej drzemki, Jenny obudził głośnik konsoli łączności krótkiego zasięgu sygnalizujący przychodzącą transmisję. - Nareszcie przywieźli zbiorniki! - pomyślała Jenny i z entuzjazmem odebrała połączenie. Usłyszała jedynie zniekształcone fragmenty czyjegoś głosu ledwie dające się usłyszeć przez szum i trzaski. - Co jest, antena padła? - Astronautka złapała za pokrętło służące do ustawiania anteny i po chwili część szumu zanikła, jednak trzaski i zniekształcenia pozostały.

- ...day, m...ay! ...OTZ-8... Mayday, ma...y! ... OTZ-806, czy k...ś ... s...szy?!
- OTZ słyszę Was, tu MunarOne, E4 Deep Space Operations. Ledwie słychać!
- M...day! Tu OT...6, czy ... nas s...szy? Stra...śmy ...trolę ... wyniku ek...ozji ... ... tra...ktorii.
- OTZ-806 słyszę Was, tu MunarOne, obiór? - Muszą być nie dalej jak trzysta kilometrów stąd i nadal lecą. - przeszło jej przez myśl.
- Ro...emy się... Gdzie ...y ...e ... Bob?! ... ... - Było słychać fragment żywiołowej wymiany zdań. - ... Rozbijemy ...ę ... okolicach ró...nika. Czy ...toś nas s...szy?
- Słyszę. Ale Wy mnie chyba nie.
- Pró...jemy wyham...ć ilę się da. Je...li nie wybu... od razu ... życzcie ...am szczęścia, aby st...ek wytrzy...ał ude...nie. - jakość sygnału się nieco poprawiła. Jenny przeprowadziła test systemu łaczności, który nie wykazał nieprawidłowości. - Odpalaj Jeb!

Po ostatnim zdaniu sygnał zamienił się w jednostajny szum przerywany trzaskami, zgoła inny niż "normalny" kosmiczny szum który słychać w radio. Mogłoby to wskazywać na to, iż elektronika systemu komunikacji na pokładzie nadal działa i poprzez antenę emituje szum. Jenny pozostawiła łączność włączoną i przekierowała sygnał do hełmu, aby móc stale nasłuchiwać będąc w próżni. Przez następne osiem godzin próbowała wywołać OTZ-806, ale odpowiadał jedynie szum.
Nie mogła nikogo poinformować ani wezwać pomocy, ponieważ w bazie jeszcze nie było modułu komunikacji dalekiego zasięgu, który pozwolił by na utrzymanie łączności się z Kerbinem.
Następnego dnia, radio jednak się odezwało. Pomimo szumu dało się usłyszeć głos wystarczająco wyraźnie. Fakt, że załoga przeżyła nieco pocieszył Jenny.

- Czy ktoś nas słyszy? Tu OTZ-806.
- Munar One, słyszę Cię OTZ.
- Słyszymy! Słyszymy Cię Munar One! - entuzjastycznie krzyknął głos po drugiej stronie.
- Żyjecie? Co się stało? Kim jesteście?
- Rozbiliśmy się, sami nie wiemy gdzie. To chyba cud, że żyjemy. Wydaje nam się, że gdzieś w okolicach równika, ale głowy nie dam. Prawdopodobnie ktoś nas... zestrzelił.
- Jak to zestrzelił?
- Wykryliśmy na radarze gorący obiekt szybko zbliżający się do naszego statku. Dłuższą chwilę zastanawialiśmy się co to jest. Zorientowaliśmy się dopiero gdy mogliśmy to zobaczyć przez okno. Wyglądało jak... torpeda. Jeb uruchomił główny silnik, chcieliśmy uciec. To dziadostwo podążyło za nami. Wybuchło najwyżej dziesięć metrów od nas.

Załoga OTZ-806 w toku rozmowy przedstawiła się. Okazało się, że lecieli z misją zabrania naukowców z asteroidy o tej samej nazwie, krążącej daleko wokół Kerbinu. Pilotami byli sławni weterani - Bill, Bob i Jebediah. Jenny aż nie mogła uwierzyć, że ich "spotkała". A teraz musi coś wymyślić, aby ich uratować. Bill barwnie opowiedział co się stało.

No więc, patrzymy przez okno i widzimy ustrojstwo, ewidentnie rakieta. Albo raczej torpeda. No widzisz, kupa materiałów wybuchowych i silnik rakietowy. To rakieta czy torpeda? Zważając na to, że latamy "statkami" lub "rakietami" to musi być torpeda, bo jak widać rakietami latamy my, astronauci. I leci w naszą stronę ta torpeda, obserwujemy powiększające się światełko. W chwili otrzeźwienia Jeb odpalił silnik i daliśmy ile fabryka dała w kierunku w którym akurat był skierowany dziób naszej... rakiety. Statku. A ta za nami. Rąbnęła kilka metrów od nas, słowo daję.



Na konsoli wszystkie kontrolki migały jak w święta, dźwięk alarmu zagłuszał myślenie. Patrzę po tych wszystkich światełkach i wskaźnikach - paliwa w pierwszym zewnętrznym zbiorniku prawie nie ma, ucieka jak szalone. Podobnie jak z drugiego. W trzecim i czwartym też nieszczelności. Uruchomiłem pompy, żeby uratować ile się da. Opanowaliśmy wycieki tlenu, co się da przepompowaliśmy do całych zbiorników. Główny komputer nie działa, nie wiemy gdzie jesteśmy, nie wiemy jak bardzo zmieniliśmy kurs. Pozamiatane. Zaczęliśmy się zastanawiać co robić, gdy za oknem zobaczyłem kawał zbiornika dryfujący w obłoku paliwa. Wyglądało na to, że straciliśmy cały zbiornik, albo przynajmniej jego większą część.



Po prowizorycznym naprawieniu komunikacji, zaczęliśmy nadawać na wszystkich częstotliwościach. Mówisz, że słyszałaś? Ah, czyli działało tylko w jedną stronę. No nic, teraz przynajmniej działa w obie. Ale kontynuując - mamy tu na pokładzie trzech jajogłowych, co badają te niedawno odkryte kamienie. Oni wyliczyli, że rąbniemy w Mun. Musieliśmy jakoś wyhamować zanim to nastąpi. Odczekaliśmy do odpowiedniego momentu i odpaliliśmy silnik. A wokół mieliśmy chmurę paliwa, która wyciekła jakiś czas wcześniej. Jeb odpalił silnik i jak nie rąbnie! Poczuliśmy jak się w środku robi ciepło. Ta chmura zapłonęła żywym ogniem, mówię Ci!



Potem już poszło szybko, chwile się popaliło a my w międzyczasie rozbili... znaczy... wylądowaliśmy w powierzchnię. Nieźle szarpnęło, zakurzyło się, ale nikomu się nic nie stało. Poczekaliśmy aż temperatura spadnie i sprawdziliśmy czy kadłub nadal jest hermetyczny. Okazuje się, że nadal się trzyma kupy. To dobry znak.



Zabraliśmy się za naprawę radia. Jajogłowi rozmontowali połowę przyrządów i jak słychać, radio działa. Przez okno niestety nic nie widać, całe jest pokryte pyłem. W ogóle jest noc, czy dzień? Straciliśmy już tu rachubę czasu. Na szczęście żarcia i wody mamy pod dostatkiem, to statek dalekobieżny. Hehe. No nic, wykombinuj coś, my się nigdzie nie ruszamy. Poinformuj tych swoich od zbiorników, żeby po nas tu kogoś przysłali. Chyba, że liczą na to, że skolonizujemy ten księżyc, he he.


Czw, 29 Maj 2014, 22:09:33
Odpowiedź #16

Offline Kadaf

  • Kapitan
  • ***
  • Wiadomości: 1 329
  • Reputacja: 144
    • Zobacz profil
Świetny reportaż, w końcu ktoś zastosował graficzne dłubanie do raportu i to od razu z jakim rozmachem! Super obrazki :) Witaj w elitarnym klubie poprawiaczy efektów wizualnych ! :D

Reklama

Odp: [DSO-E4] Operacja wydobywcza MunarOne
« Odpowiedź #16 dnia: Czw, 29 Maj 2014, 22:09:33 »

Sob, 03 Sty 2015, 09:51:57
Odpowiedź #17

Offline Element4ry

  • Plutonowy
  • ***
  • Wiadomości: 276
  • Reputacja: 38
    • Zobacz profil


Deep Space Operations wraz z Oddziałem E4 pragnie poinformować o statusie operacji MunarOne. Misja została oficjalnie anulowana na rzecz najnowszego projektu, który niejako jest kontynuacją MunarOne. Cała załoga M1 została bezpiecznie dostarczona do domów. Na wyszczególnienie zasługuje wielka odwaga i poświęcenie astronautki Jenny Kerman. Pomimo niewyjaśnionych jeszcze zdarzeń które nastąpiły na powierzchni księżyca, wróciła ona do domu i uratowała od niechybnej śmierci załogantów jednostki badawczej, która została uwięziona w rozbitym statku. Niewiele wiemy na temat tego co tam zaszło, ale nie mamy podstaw aby nie wierzyć dzielnej astronautce. Na poparcie jej wersji mamy dowody w postaci fragmentów przywiezionych na kerbin i wideodziennika bohaterki.

Mimo braku jakiejkolwiek łączności przez blisko pół roku, zdołała ona zbudować prowizoryczny statek kosmiczny i wrócić do domu, na Kerbin. Jest to nie lada wyczyn, ponieważ międzynarodowa rada kosmonautyki postanowiła zmienić standardy nawigacyjne i komunikacyjne co spowodowało brak jakiejkolwiek łączności i nawigacji podczas powrotu Jenny do domu. Nie była jednak sama - udało jej się uratować również załogę statku OTZ-806, który w niewyjaśniony sposób rozbił się na księżycu. Załoganci tegoż twierdzą, że zostali zestrzeleni, jednak żaden dowód mogący potwierdzić to zdarzenie się nie odnalazł. DSO-E4 ma jednak podstawy, że jest to prawdopodobne, ze względu na to co udokumentowała Jenny podczas pobytu na Munie.


----------------------------------------------------------------------------------------------


Wkrótce po przeprowadzonym dochodzeniu i odtajnieniu akt sprawy, Jenny Kerman udzieliła wywiadu w gazecie "Top Lift". Poniżej fragment dotyczący zdarzeń na Munie.


- Co pani robiła przed wstąpieniem w szeregi elitarnych kosmonautów?
Jakby to powiedzieć... Sprzątałam pokład tankowca, studiowałam inżynierię paliw i budowy statków. Z budowy statków jednak zrezygnowałam.

-To wiele wyjaśnia. Jak pani ocenia czas spędzony na przygotowaniach bazy wydobywczej? Czy została w końcu przygotowana?
To był wspaniały czas! Mimo kilku napotkanych problemów, było wspaniale móc robić coś znaczącego w kosmosie i to jeszcze na księżycu.

- Czy te kilka napotkanych problemów to szesnaście rozbitych dźwigów, dwa rozbite statki dostawcze, chroniczne wycieki paliwa i brak łączności przez większość czasu?
Errr... Noo... Tak jakby. Nie do końca, ale ten. No więc, gdyby noo... Wie pan, to nie ja pilotowałam dźwigi!

- Rozumiem, że były automatyczne. Co się stało podczas ostatniego półrocza spędzonego na Munie?
Ciężkie pytanie, zbyt ogólne. Wtedy było najwięcej problemów. Wszystko powariowało i musiałam sobie jakoś z tym poradzić.

- Od czego zaczęły się te problemy?
Od kosmicznego gruzu. Rozwalił doszczętnie panele słoneczne na łaziku, podziurawił zbiorniki paliwa - wszystkie wycieki jednak udało się załatać. Potem skontaktowałam się z OTZ-806. Albo raczej to oni ze mną. Też mieli dziwaczą sytuację, delikatnie mówiąc! Zestrzelono ich, jak w sci-fi! Potem komunikację z kerbinem szlag trafił, przez kolejny nalot gruzu.

- Co działo się potem?
Potem był prawdziwy rollercoaster. Pojechałam po chłopaków łazikiem do którego przyspawałam kabinę wadliwego lądownika, czyli mój ówczesny dom - został ich domem na prawie pół roku. Ja zamieszkałam w łaziku. W ich kabinie trzymaliśmy jedzenie i większość wody a z rozbitego statku udało się wyciągnąć sprawne filtry powietrza, bez tego byśmy się podusili.

- A co z budową statku?
Najpierw próbowaliśmy naprawić transponder w bazie - bez rezultatu, elektronika była całkiem rozwalona i nawet mimo zapasu części z OTZ-a nie udało się go naprawić. Po burzy mózgów ustaliliśmy, że trzeba zrobić komunikację. Częściowo się udało, skontaktowaliśmy się z jakimś statkiem, ale chwilę później spadły kolejne skały z nieba. Antena została rozwalona, większość paliwa z jednego dźwigu wyciekła a na domiar nieszczęść, jedna ze skał trafiła w mechanizmy napędowe wiertła uszkadzając je do tego stopnia, że jego użycie stało się niemożliwe.

- Wtedy przyszła kolej na budowę statku?
W telegraficznym skrócie - tak. Trzy miesiące zajęło nam planowanie, adaptacja różnych systemów napędowych oraz mariaż różnie działających technologii.

- Wygląda na to, że Wam się udało.
Owszem. Ale nie obyło się bez problemów. Nawigacji na LKO nie mieliśmy. Przez te pół roku nie dowiedzieliśmy się o fakcie zmiany protokołów nawigacyjnych. Lądowaliśmy zupełnie w ciemno.

- Jakich silników użyliście? Czy kabiny budowaliście od podstaw?
Użyliśmy tych kabin w których mieszkaliśmy. Usunęliśmy górną część sufitu łazika i wycięliśmy dziurę w spodzie lądownika po czym połączyliśmy oba moduły. Potem mieszkaliśmy tam razem. Oczywiście miałam własną sypialnię. To prawdziwi dżentelmeni.

- A co z paliwem i silnikami.
Ach, tak. Przymocowaliśmy dwa zbiorniki po obu stronach statku, symetrycznie i użyliśmy jedynego silnika który był sprawny - sprawdzony LVT-45 z rozbitego dźwigu. Nie był jednak sprawny w stu procentach. Zespół kierowania ciągiem działał tylko w jednej płaszczyźnie i na dodatek był cały skrzywiony. Aby to skompensować użyliśmy na prędce przymocowanych pędników. Paliwo do nich wpompowaliśmy do systemu zbiorników na odpady, a przewód doprowadzający paliwo do pędników puściliśmy przez system wyrzucania odpadów w przestrzeń. Do układu udało się wpleść pompy i stabilizatory ciśnienia. Działało całkiem przyzwoicie i nie było problemów z kierowaniem ciągiem, jednak mieliśmy tylko jedną łazienkę po tej operacji.

- Potem wsiedliście i polecieliście na Kerbin? Tak po prostu?
W zasadzie to... tak. Ale dopiero jak naukowcy skończyli pisać oprogramowanie. Przeprogramowali całą nawigację łazika i dodatkowo podłączyli ją pod system sterowania ciągiem jednego z rozbitych automatycznych dźwigów. Oczywiście odpowiednio ten moduł zmodyfikowali, żeby nic nie wybuchło i był "świadom" krzywego silnika, nawet jeśli tylko "mniej więcej".

- Jak odczułaś start tego statku?
Miałam wrażenie, jakby miał zaraz eksplodować. Wszystko się trzęsło, silnik powodował ogromne wibracje. Jak się później okazało, paliwo spalało się nierównomiernie. Po zbadaniu naszego statku, już tu na kerbinie, powiedzieli nam, że TO doleciało tak daleko tylko dzięki silnej woli, magii i cudom.

- Jak rozwiązaliście problem temperatury podczas wejścia w atmosferę?
Nie rozwiązaliśmy. Przyczepiliśmy jedynie części osłon termicznych do najwrażliwszych miejsc.

- Było gorąco?
Jak w samym piekle.

- Spadochrony odpaliły?
Tak, chociaż nie tak jak planowaliśmy. Pierwszy się urwał, drugi zadziałał prawidłowo, trzeci odpalił z opóźnieniem.

- Gdzie dokładnie wylądowaliście?
Zabawna sprawa, ale prosto w stodole jakiegoś chłopa, na wielgachnej kupie siana.

- A co z tym chłopem?
Ugościł nas i "przechował". Długo nie trzeba było czekać na jakieś służby. W parę minut pojawiły się bataliony czołgów i lotnictwo. Myśleli, że jesteśmy rakietą balistyczną.

- Ale nią nie byliście?
Wygląda na to, że nie.

- Czy w związku z tym otrzymała pani jakieś oferty pracy tu, na kerbinie?
Trochę pan odbiegł od tematu, ale tak. Pracuję jako młodszy główny inżynier pojazdów operujących w głębokiej przestrzeni i na obcych ciałach niebieskich. Jestem również specjalistą działu zaopatrzenia misji i optymalizacji dostaw poza Kerbin.

- Czy mogę zapytać, jeśli to nie tajemnica, w jakiej firmie? Może jakiś kolejny projekt?
Może pan, to nie jest żadna tajemnica. Pracuję nadal w DSO, przy MunarTwo. Ironia, co?

- Owszem, nieco to dziwne. Dziękuję za udzielenie odpowiedzi.
Również dziękuję, miłego dnia.

 

[DSO-E4] Operacja wydobywcza Munar2

Zaczęty przez Element4ry

Odpowiedzi: 12
Wyświetleń: 3323
Ostatnia wiadomość Pią, 25 Wrz 2015, 10:57:27
wysłana przez Element4ry